Mikołaj Rej – pieniacz, prawnik, poeta

Mikołaj Rej – pieniacz, prawnik, poeta

A niechaj narodowie wżdy postronni znają,

iż Polacy nie gęsi, swoje prawa mają.

A gdyby jeszcze swoje prawa znali,

To by się już całkiem po sądach ciągali.

Jako urodzony romantyk, pieśniarz, poeta i pragmatyk nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby ominąć taką szansę na błyśnięcie talentem.

Zapewne znasz „podstawową wersję” tego cytatu. Z pewnością też słyszałeś kiedyś o twórcy tej złotej myśli. Mikołaj Rej, bo oczywiście o nim mowa, to renesansowy poeta i prozaik, który przeszedł do historii polszczyzny powyżej sparafrazowanym cytatem. Osobiście uzupełniłbym jego biografię o kilka innych dzieł, bo jak na swoje czasy miał sporo polotu i finezji w tworzeniu rozmaitych aforyzmów. Ot chociażby…

Chłop robotny i żona pyskata

To wezmą choćby i pół świata.

Aczkolwiek trzeba sobie jasno powiedzieć, że do swojego konkurenta, Jana Kochanowskiego (naczelnego aforysty i zbereźnika czasów renesansu) trochę mu brakuje. Nawiasem mówiąc o Kochanowskim też kiedyś Ci opowiem. Bo i on parał się prawniczym rzemiosłem.

Ah, jak wielce musiał być wykształcony Mikołaj Rej, i jak porządnym musiał być obywatelem…

I cóż powiedzieć, nasz bohater z pewnością był człowiekiem nieprzeciętnym. Jego poezja nie oddaje całości jego barwnej osobowości, a historie, na które ostatnio trafiłem sprawiły, że zupełnie inaczej na niego patrzę. Bo Mikołaj Rej, obok kariery poety i prozaika, miał bardzo bujne życie związane z prawem, w tym – z świadczeniem usług prawnych.

Mikołaj Rej – krótki rys historyczny

Mikołaj Rej urodził się w 1505 roku, więc już ładnych parę lat temu. Niesie się za nim fama niewykształconego, rubasznego prostaka. Katolicy, zachwyceni tym, że Rej profanował kościoły i wywłaszczał katolickich księży nazywali go pieszczotliwie szatanem rozwiązanym, smokiem z Okszy, Sardanapalem Nagłowskim. Miał nawet zaszczyt trafić (a w zasadzie jego dzieła) do rodzimego Indeksu Ksiąg Zakazanych.

Czy faktycznie był aż tak złym człowiekiem?

No cóż, źródła donoszą, że wprawdzie był porywczym warchołem (o czym za chwilę), ale z drugiej strony był człowiekiem dowcipnym, gościnnym i towarzyskim. Powszechnie go ceniono, w tym jako pisarza. Zresztą, zdaniem językoznawców sam język jego dzieł, zarówno prozatorskich jak i poetyckich ponoć dobrze oddaje ducha języka używanego przez szlachtę XVI wieku.

Religia pragmatyczna

Istotną rolę w jego życiu pełniła religia. Ale nie dlatego że był jakoś przesadnie świętoszkowaty.

Jego żona, Zofia, była córką bratanicy Andrzeja Róży z Borszowic – arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski. To po nim matka Zofii, a później sama Zofia wraz z mężem, odziedziczyła połowę takich metropolii jak Siennica, Kobyle, Rubie i Wola Kobylska.

Sam Mikołaj przyjaźnił się z Hetmanem Wielkim Koronnym Mikołajem Sieniawskim, który był żarliwym wyznawcą kalwinizmu. Wyznania z czasów reformacji odcisnęły silne piętno na naszym bohaterze. On sam zapisał się w historii tychże wyznań broniąc kalwinistów i luteran w postępowaniach sądowych, w tym przed sądami kościelnymi. Sam zresztą wyznawał najpierw luteranizm, a potem kalwinizm, choć nigdy nie był w swej wierze nadgorliwy.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli kariery prawniczej Mikołaja Reja.

Prawnik w praktyce

Bo zarysowany obraz niewykształconego, rubasznego prostaka dosyć słabo łączy się z wykonywaniem zawodu prawnika. Zwłaszcza w postępowaniach karnych, obyczajowych czy przed sądami kościelnymi. Taki człowiek musi przecież posiadać stosowne wykształcenie, które umożliwia mu świadczenie tego typu usług. O tym, że już wtedy istniały ważne ośrodki kształcące prawników wiemy choćby z historii życia Mikołaja Kopernika, który był świetnie wykształconym prawnikiem (w tym – doktorem prawa kanonicznego).

A więc gdzie nasz pan mecenas Rej kończył prawo? Nigdzie!

To skąd wiedział co robić w procesie i skąd znał prawo? Z praktyki! A gdzie ją nabył… no cóż. Nie wiem jak Ci to… no był pieniaczem sądowym.

Kim?

Pieniacz sądowy

Pieniacz sądowy to taka osoba, która wszczyna mnóstwo postępowań sądowych i procesuje się z byle kim o byle co. Z jednej strony można to uznać za dziwne hobby a z drugiej znak porywczego i konfliktowego charakteru. Dość dobrze łączy się to z powszechnie znanym wizerunkiem Mikołaja Reja.

Zresztą, dziś także istnieją ludzie, których można tym mianem nazwać. Większość zawodowych prawników zna nawet nazwiska takowych „pacjentów”. I jeśli do adwokata lub radcy przychodzi list z taką sprawą z urzędu, to, jak mawiał jeszcze inny klasyk – wiedz, że coś się dzieje. Dziś większość pieniaczy sądowych to osoby osadzone w zakładach karnych, które skarżą się na wszystko, wszędzie i zawsze.

Zjawisko to jest na tyle istotne, że było przedmiotem rozmaitych badań. Nie wnikając w opracowania psychologiczne podkreślę tutaj zasługi prokuratora Jana Wojtasika, który wskazał, że pieniactwo sądowe może mieć trzy formy – psychozę, paranoję (które to formy zakładają istnienie jakiegoś rodzaju problemów psychicznych pieniacza) albo… warcholstwo. Które raczej odnosi się do pewnych cech jego charakteru.

I to ostatnie świetnie opisuje życiorys Mikołaja Reja.

Mikołaj Rej jako warchoł

Otóż wyobraź sobie, że nazwisko Reja pojawia się w zachowanych do dnia dzisiejszego księgach i aktach sądowych około pięćset razy. Sporo? Może i sporo, ale przecież prowadził procesy pomagając innym ludziom, więc może to nie tak dużo?

No więc raczej dużo, bo te 500 spraw to są tylko postępowania w których Rej był… stroną.

I w tych sądowych bataliach stawał w zasadzie po każdej z możliwych stron. Jako powód, pozwany, spadkobierca (jako spadkodawca w sumie też, ale to w życiu po życiu), wierzyciel, dłużnik, oskarżony o znieważanie ziemian, oskarżony o znieważanie duchownych katolickich a nawet… przestępca podatkowy, ścigany za niepłacenie dziesięcin.

Wydaje się więc całkiem prawdopodobne że napisał więcej pism procesowych niż wierszy.

Z kim więc Mikołaj Rej się procesował? W zasadzie z każdym, kto się nawinął. No ale jak przystało na prawdziwego Polaka najbardziej lubił kłócić się z…. nie, nie z Niemcami, ale blisko – z sąsiadami.

Spór z somsiadem

Raz na przykład nasz bohater został oskarżony o to, że zakosił zboże z wspólnego młyna jednemu ze swoich sąsiadów. Ponadto, miał zaorać jego miedzę a nawet złośliwie wyłapać ryby z jego stawu. Typowo sąsiedzki spór. Pech Reja polegał na tym, że ów sąsiad, któremu te wszystkie niegodziwości rzekomo uczynił był… sędzią. I to sędzią o specyficznym podejściu do sprawiedliwości.

Ów sędzia wielkiej wiary w świeckie sądownictwo nie pokładał, a na Sąd Boży (czyt. pojedynek) odwagi mu nie starczyło. Dlatego, gdy rozpoznał już sprawę i racjonalnie zważył wszystkie argumenty za i przeciw, wymierzył naszemu bohaterowi sprawiedliwość.

Kradnąc mu zboże, mąkę i zasiewając miedzę.

To oczywiście tylko jedna ze spraw, która zachowała się w dokumentach, bo postępowań sąsiedzkich Rej prowadził znacznie więcej. Łącznie co najmniej 70. W zachowanych do dziś dokumentach znajdziemy takie sprawy jak choćby o rozgraniczenie dóbr, o własność pszczół, wycinanie lasów czy zabór zboża jeszcze prosto z pola.

Inne spory i funkcje

Mikołaj Rej nie odpuszczał więc nikomu i nie znajdę na to lepszego przykładu niż ten, że pozwał… własnego teścia. No ale z pewnością musiała to być poważna sprawa, przecież nie pozywa się bliskich o drobiazgi prawda? No może i prawda, ale nie dla Mikołaja.

Bo ten pozwał swojego teścia o zwrot pożyczonej książki której był właścicielem. Nie zachowała się niestety informacja o tym, jakie to było dzieło. Oczywiście, książki ówcześnie były dużo bardziej wartościowe niż dziś, ale i tak wydaje się to być raczej wątłym powodem do pozwania teścia. Ale, kto bogatemu zabroni, prawda?

Rej więc bardzo ciężko pracował na swoją renomę oblatanego w prawie praktyka. Być może dlatego mając już 25 lat był na tyle doświadczony w boju, że pełnił funkcję komornika przy podkomorzym krakowskim Janie Tęczyńskim.

Oczywiście to nie znaczy, że zajmował się przyklejaniem nalepek na przedmioty zajęte w toku egzekucji sądowej. Komornik, a w zasadzie camerarius, w XVI wieku był urzędnikiem, który pełnił funkcję zastępcy sędziego. Jednocześnie to jego posyłało się na roboty w terenie – rozpytania, rozeznania, doręczenie osobiście listów, nadzory nad aresztowaniami i innymi tego typu czynnościami. Jak wskazywały Metryki Koronne z tamtych czasów – camerarius to taki człowiek do specjalnych zleceń.

Prawnik do wzięcia

Także jak widać, Mikołaj Rej to nieobrobiony diament palestry, i tego talentu nie można było zmarnować. Potrafił sam o siebie zadbać, to fakt, ale jednocześnie musiał wykazać się nie lada kompetencjami, żeby otrzymać stanowisko urzędnicze w tak młodym wieku. A przecież to tylko wycinek jego kariery – był również posłem, zarządzał majątkami królewskimi w ziemi chełmińskiej jako ich posesor a potem otrzymał nawet królewszczyznę w ziemi krakowskiej.

Nie dziwota więc, że na wolnym rynku usług prawnych tamtych czasów był kąskiem nie lada, z czego nie omieszkali korzystać ludzie z jego kręgu towarzyskiego. Nasz bohater został zapamiętany zwłaszcza jako reprezentant w sprawach kościelnych przeciwko wyznawcom kalwinizmu i luteranizmu.

Obrony księży protestanckich

Sprawa Walentego z Chrzczonowa

W 1549 roku Mikołaj Rej bronił księdza, który miał w sobie tyle odwagi, żeby przejść na protestantyzm i założyć rodzinę. Wziął więc żonę, spłodził dzieci a majątek dotychczas kościelny – zawłaszczył i postanowił uprawiać jako swoją. Oczywiście nadal pełniąc posługę kapłańską w chrześcijańskiej świątyni. Mowa o sprawie Walentego z Chrzczonowa, jednego z twórców kościoła arian w Polsce.

Jej zakończenia niestety nie udało mi się poznać. Wiemy, że Walenty z Chrzczonowa pożył jeszcze parę ładnych lat i zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiego protestantyzmu. Wynik procesu nie mógł więc być dla niego szczególnie dolegliwy.

Sprawa Mikołaja Oleśnickiego

Podobnie wyglądała sprawa Mikołaja Oleśnickiego z Pińczowa, który zrobił coś jeszcze grubszego. Otóż w 1550 roku, po tym jak żona przekonała go, że protestantyzm jest spoko, wygnał ze swoich dóbr w Pińczowie zakonników z Zakonu Paulinów, skonfiskował im majątek, a przyklasztorny kościół przeznaczył na świątynię protestancką.

Takie działanie oczywiście nie mogło się skończyć bez procesu, a proces to chleb powszedni dla Mikołaja Reja. Panowie bardzo dobrze się znali (na tyle dobrze, że skończyli nawet na razem na obrazie Jana Matejki – Rzeczpospolita Babińska), więc nasz doświadczony bohater był naturalnym wyborem na obrońcę.

Jaki był wynik tego procesu nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Paulini nie wrócili na swoje włości a Mikołaj Oleśnicki nie tylko nie został skazany na śmierć, ale nawet nie skończył w więzieniu. Tuż po procesie otworzył w Pińczowie szkołę ewangelicką, której prowadzenie powierzył Grzegorzowi Orszakowi, a sam Pińczów stał się ośrodkiem mazowieckiej reformacji..

Świętokradztwo z 1564 roku

Wiemy natomiast jak skończyła się inna sprawa, która głośna była jak Rzeczpospolita długa i szeroka. Rej występował w niej jako obrońca Erazma Otwinowskiego, oczywiście kalwinisty i, jak się okazało, performera.

Był rok 1564, konkretniej – Boże Ciało roku pańskiego 1564. Lublin. Erazm Otwinowski postanowił w dość niecodzienny sposób wziąć udział w bożocielnej procesji. Zamiast niczym potulna owieczka iść za swoim pasterzem podbiegł do księdza prowadzącego procesję i oświadczył mu co następuje:

Bóg jest w niebie,

a więc nie ma go w chlebie,

nie ma w twojej puszce.

Nie dość, że performer, to jeszcze raper – poeta.

No ale to nie koniec. Otwinowski wyrwał księdzu monstrancję, rzucił na ziemię i podeptał w ramach protestu przeciwko… ubliżaniu Bogu. Osobliwe, acz typowe dla czasów reformacji.

Oskarżono go więc o bluźnierstwo i świętokradztwo, a więc jedne z najcięższych przestępstw tamtych czasów, a obronę podjął zarówno sam Otwinowski jak i właśnie Mikołaj Rej. Czy skutecznie?

Jak diabli! (hehe)

Otóż Otwinowski wyrokiem sądu został skazany na zapłatę odszkodowania. Ksiądz miał otrzymać grosz za zniszczoną hostię i szeląg, aby sobie kupił nowe szkło i tę odrobinę mąki. Czy to dużo? Cóż, trudno jest oszacować dokładnie, ile wart był grosz oraz szeląg z XVI wieku, ale według jednego z źródeł do jakich udało mi się dotrzeć – jeden grosz miał wartość dziesięciu bochenków chleba, a jeden szeląg – dwóch.

Czy to dobry wynik? Bardzo dobry! To naprawdę niska kara jak na zarzut świętokradztwa w XVI wieku i wielka była w tym zasługa Mikołaja Reja.

Podsumowanie

Życie potrafi być przewrotne.

Przez czas naszej szkolnej edukacji poznajemy bardzo wiele nazwisk – pisarzy, poetów, prozaików, dramaturgów. Wszyscy oni wydają nam się jałowi, smętni, nudni i bezbarwni. Tymczasem historia Mikołaja Reja, na którą trafiłem zupełnym przypadkiem gdzieś w odmętach Internetu zachęca nas do tego, żebyśmy nie tylko patrzyli na tych wszystkich ludzi przez pryzmat ich największych dzieł. Warto poszukać również treści mniej znanych, a także… poszperać w ich historii.

Bo może się okazać, że ta grupa bezbarwnych nudziarzy, mających siedzieć z nosem w tomiskach i zachwycać się swoimi własnymi, doskonałymi dziełami, nie była wcale tak szara jak to się przedstawia na lekcjach polskiego czy historii.

A ponieważ Mikołaj Rej parał się prawem, to ta piekielnie ciekawa historia nie mogła przejść bez echa na moim blogu 🙂 

Pozdrawiam Cię serdecznie!

Banksy – o prawnych konsekwencjach anonimowości twórcy

Banksy – o prawnych konsekwencjach anonimowości twórcy

Banksy. Twórca – fenomen. Człowiek którego można porównać do potwora z Loch Ness lub Wielkiej Stopy. Ktoś gdzieś niby go widział, ktoś zrobił mu zdjęcie, ktoś odkrył kim jest, ale tak naprawdę wszystko to jedynie spekulacje. Jedyne, co odróżnia go od Nessie czy Yeti to to, że mamy uzasadnione podejrzenie, że Banksy faktycznie istnieje.

Dla tych, którzy nie wiedzą kim jest nasz bohater informuję, że jest to najbardziej znany człowiek spośród nieznanych ludzi w świecie sztuki. Banksy to twórca sztuk wizualnych, który wsławił się w szczególności tworzeniem graffiti i innej sztuki ulicznej. Z tego właśnie powodu Peter Gibson, prezes organizacji dbającej o tzw. „czystość w Wielkiej Brytanii” nazwał jego prace zwykłym wandalizmem.

Świat jednak jest innego zdania.

Banksy – twórca, który dąży do bycia frajerem

Jego twórczość celnie uderza w czułe punkty, stawiając pytania o nasze miejsce we współczesnym świecie. W ostatnich latach mówi się o nim naprawdę dużo. Wiemy, że w tej chwili tworzy w Ukrainie, starając się na swój sposób dodawać otuchy naszym sąsiadom. Znamy jego dzieła tworzone od około 2000 roku, więc przez ponad dwie dekady, ale… wciąż nie wiemy kim tak naprawdę jest. Banksy tworzy całkowicie anonimowo a to powoduje, że powstaje wokół niego kilka naprawdę ciekawych problemów natury prawnej.

Nie kto inny jak on, w swojej książce „Wojna na ściany” z 2005 roku, pisał, że „prawa autorskie są dla frajerów”. W ostatnich latach jednak najwyraźniej zmienił zdanie (albo sfrajerzył). Kiedy jedna ze znanych marek wykorzystała jego dzieła na swoich ubraniach zaproponował, żeby złodzieje udali się do jej sklepu. „Skoro oni wykorzystali moje prace bez pytania, to co złego może być w zrobieniu tego samego z ich ciuchami?” pytał ironicznie na swoim Instagramie.

Ta historia doprowadzi nas do zadania sobie kilku naprawdę ważnych pytań o istotę praw własności intelektualnej. Zapraszam!

Anonimowość w prawie

To, że twórca może publikować swoje dzieła anonimowo nie budzi żadnych wątpliwości ani w polskich, ani w międzynarodowych przepisach dot. prawa autorskiego. W polskiej ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych wskazuje na to wprost art. 16 pkt 2.. Na gruncie prawa międzynarodowego anonimowe publikacje wprost dopuszcza tzw. Akt Paryski do Konwencji Berneńskiej z 1971 roku.

Przepisy nie tylko pozwalają tworzyć anonimowo (bo niby dlaczego ktoś miałby w ogóle tego zabronić). Sprawiają, że nie ma żadnych wątpliwości – twórcy, który stworzył swoje dzieło w sposób anonimowy, przysługują prawa autorskie do stworzonego utworu. Jest więc w pełni chroniony przed naruszeniami swoich praw…

Tylko jest tutaj drobny szczegół, problem, który bardzo trudno obejść takim twórcom jak Banksy.

Problemy praktyczne

No bo Banksy, będąc twórcą intencjonalnie anonimowym oczywiście nie zamierza ujawniać swojej tożsamości nikomu. Taka informacja z jednej strony byłaby najprawdopodobniej warta setki tysięcy, jeśli nie miliony dolarów, a z drugiej zrujnowałaby wyjątkową karierę naszego twórcy.

I cóż z tego zapytasz?

Ano oczywiście to, że ochrona przyznawana takim twórcom na gruncie powszechnie obowiązującego prawa jest w zasadzie fasadowa. Fikcyjna.

Prawo autorskie w Polsce i w większości państw Europy przewiduje dwa sposoby ochrony praw przez twórcę – roszczenia cywilnoprawne i ochronę prawnokarną.

Cywilnoprawna ochrona praw autorskich

Skierowanie roszczenia cywilnoprawnego, czy to na drodze przedsądowej (np. skierowanie wezwania do zaprzestania naruszeń prawa albo wezwania do zapłaty) czy sądowej (przez wytoczenie procesu) wymaga przecież bezpośredniego zaangażowania samego Banksy’ego. Owszem, czynności może podjąć kancelaria prawna w jego imieniu, jednakże musi on udzielić jej pełnomocnictwa.

A dostęp do treści pełnomocnictwa będzie posiadała strona przeciwna chcąc dowiedzieć się, czy kancelaria prawna faktycznie działa w imieniu poszkodowanego, czy też szuka sposobu na pozyskanie finansowania owocowych czwartków dla swoich pracowników.

Prawnokarna ochrona praw autorskich

Nieco lepiej wygląda to na drodze prawnokarnej… no chyba, że nie. A to dlatego, że wiele zależy od przepisów karnych obowiązujących w przepisach prawa danego kraju. Na ten moment nie istnieje ogólnoeuropejski system ścigania przestępców, więc swój wzrok musimy kierować na regulacje wewnętrze. I tak, na przykład, w Polsce bezprawne rozpowszechnianie cudzego dzieła w celu osiągnięcia korzyści majątkowej jest przestępstwem, ale ściganym co do zasady na wniosek pokrzywdzonego (z wyjątkiem sytuacji, gdy z tego czynu uczyniono stałe źródło dochodu – co nie przy każdym naruszeniu znajdzie zastosowanie). Jest całkiem prawdopodobnym, że w innych krajach jest podobnie.

A to powoduje, że np. w Polsce Banksy musiałby ujawnić swoją tożsamość składając zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Potwierdzenie autentyczności dzieł

Czy to wszystko? Nie, ponieważ pojawia się jeszcze jeden, dodatkowy kłopot – mianowicie nasz bohater, nawet gdyby chciał zaangażować się w opisane wcześniej sposoby musiałby zrobić jeszcze jedną rzecz.

Wykazać, że jest twórcą dzieł, co do których prawa zostały naruszone.

Teoretycznie jest to możliwe (potwierdzaniem autentyczności jego prac zajmuje się specjalna agencja – Pest Control), jednakże należałoby to wykazać w sposób niepowodujący wątpliwości. Przekonać do tego prokuraturę lub sąd a zarazem dowody te przedstawić stronie przeciwnej.

A to, po raz kolejny, powoduje, że tajemnica tożsamości twórcy robi się niebezpiecznie… wątpliwa.

Jak więc widać, tych problemów jest całkiem sporo. A jak Banksy radzi sobie z ochroną swoich praw? Cóż, jest dobrze, ale nie beznadziejnie.

Sprawa Guess

Pierwszą ze spraw, która zwraca uwagę jest ta, która pojawiła się całkiem niedawno na Instagramie naszego bohatera. Banksy stwierdził w poście, że marka Guess, w swojej kolekcji jesienno – zimowej wykorzystała jego prace. Na dowód tego faktu opublikował zdjęcie pokazujące manekiny na wystawie sklepowej Guess w Londynie.

Banksy, wedle aktualnych informacji, nie zdecydował się na zastosowanie ścieżki prawnej. Z pewnością doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wystosowanie wezwania bezpośrednio do marki narazi na duże ryzyko jego anonimowy wizerunek. Wykorzystał natomiast ścieżkę społeczną.

Wystosował  bowiem wezwanie do drobnych złodziei sklepowych (z ang. shoplifters, niestety to słowo nie ma polskiego odpowiednika). Na grafice napisał, w wolnym tłumaczeniu: Uwaga złodzieje sklepowi! Proszę, podejdźcie do sklepu Guess na Regent Street. Skoro oni wykorzystali moje prace bez pytania, to co złego może być w zrobieniu tego samego z ich ciuchami?”

Niewątpliwie jest to działanie BARDZO w jego stylu. Oczywiście, tego rodzaju publikacja nie jest rozwiązaniem właściwym w większości sytuacji. Takie działanie może (acz nie musi) stanowić naruszenie praw sklepu, jak również może zostać uznane za podżeganie do popełnienia przestępstwa. Ale z drugiej strony, to zastosowanie tego typu społecznego środka nacisku może być jedynym, na które Banksy mógł sobie pozwolić nie ujawniając swojej tożsamości.

A nawet gdyby uznać, że to podżeganie do przestępstwa, to życzymy służbom powodzenia w poszukiwaniu człowieka, który swą tożsamość ukrywa przed całym światem od przeszło dwudziestu lat.

Sprawy o ochronę własności przemysłowej

No, ale tego typu działania to nie jedyne, na jakie Banksy się zdecydował w ostatnich latach.

Zdając sobie sprawę z fasadowości ochrony, jaką zapewnia mu prawo autorskie postanowił on, za pośrednictwem wspominanej już Agencji Pest Control i współpracującej z nim kancelarii prawnej zastrzec część swoich prac jako znaki towarowe.

Rozwiązanie cokolwiek rozsądne, ochrona tego typu rozciągać się może na cały świat i być przypisana do naszego bohatera na kolejne dekady skutecznie blokując wykorzystanie jego prac przez osoby trzecie do celów zarobkowych, ale tutaj po raz kolejny pojawiają się problemy. Bo konieczne jest, żeby dzieła były wykorzystywane do celów komercyjnych, oznaczania towarów lub usług. Idąc w ślad za definicją z polskiej ustawy prawo własności przemysłowej – znakiem towarowym może być każde oznaczenie umożliwiające odróżnienie towarów jednego przedsiębiorstwa od towarów innego przedsiębiorstwa. Jeśli więc znak towarowy nie odróżnia towarów, to nie może zostać zarejestrowany jako zastrzeżony. Podobnie wygląda definicja znaku towarowego w prawie międzynarodowym.

Również na tym tle Banksy spotkał się z dużymi problemami i, oczywiście, sporami z niezadowolonym przedsiębiorcą, który wykorzystał jego dzieła na swoich produktach.

Spór pierwszy – Miotacz Kwiatów

Pierwszy ze sporów dotyczy jego dzieła zatytułowanego „Miotacz Kwiatów”, które powstało w Betlejem w 2005 roku.

miotacz kwiatów banksy

Banksy chciał zastrzec prawo ochronne do tego dzieła w Urzędzie UE ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) jako znak towarowy. Oczywiście intencją było nabycie ochrony z uwagi na to, że coraz częściej praca ta była wykorzystywana przez różnych przedsiębiorców w celu tworzenia przez nich własnych produktów. Chcąc ukrócić ten proceder i odzyskać kontrolę nad swoimi własnymi dziełami – artysta rozpoczął walkę o zastrzeżenie praw własności przemysłowej.

Rejestracji sprzeciwił się przedsiębiorca działający pod firmą Full Colour Black. Argumentował (zresztą, jak już wiesz, słusznie), że znak towarowy musi służyć komercjalizacji dóbr lub usług, a ponieważ Banksy nie zarabiał wtedy na swojej sztuce i nie wykorzystywał Miotacza kwiatów komercyjnie to, zdaniem Full Colour Black, podstaw do rejestracji znaku towarowego nie było. Oczywiście, nasz skarżący miał w tym swój interes – mowa bowiem o producencie kartek pocztowych i okolicznościowych, na których chętnie korzystał z dzieł Banksy’ego.

Banksy postanowił więc działać i zrobił to z jednej strony w swoim stylu, a z drugiej – z wdziękiem nalotu bombowców. Jego manager (a przynajmniej osoba, która się za takowego podała – fotograf Stephen Lazarides) założył bowiem… sklep internetowy. Taki normalny? A skąd. Można było w nim kupić np. torebkę z cegły, dla klientów, którzy, jak stanowił opis produktu „nie mają zbyt wiele, ale mogą chcieć walnąć kogoś w twarz”.

Milusio, nie powiem. Język korzyści opanowany do perfekcji.

Rozstrzygnięcie

Niestety, tworzenie sklepu na etapie sporu sądowego również okazało się mało poetyckie… a już na pewno nieskuteczne. Artysta sam zresztą przyznawał, że otworzył sklep wyłącznie z powodu sporu prawnego, co jego zdaniem jest „prawdopodobnie najmniej poetyckim powodem, aby tworzyć sztukę”. Trudno się z nim nie zgodzić.

EUIPO rozstrzygnęło spór na korzyść Full Colour Black. Zdaniem organu znak towarowy wówczas nie służył komercjalizacji towarów Banksy’ego. To, że założył sklep internetowy w toku postępowania świadczyło, zdaniem EUIPO, o tym, że artysta działał ze złą wolą. Jego zamierzeniem było jedynie zablokowanie wykorzystania określonego znaku przez innych przedsiębiorców, a nie monetyzacja jego utworu. Działał zatem z zamiarem obejścia prawa.

W zasadzie trudno się nie zgodzić mając przed oczami powyżej zacytowany komentarz samego twórcy.

Urząd nawiasem mówiąc odniósł się również do kwestii praw autorskich. Uznał bowiem, że… nie ma możliwości, by ustalić, że to właśnie jemu przysługują prawa autorskie do utworu. Innymi słowy – zdaniem organu anonimowość twórcy wyklucza ochronę prawnoautorską z tego powodu, że nie wiadomo, czy można mu autorstwo przypisać.

Opinia o rozstrzygnięciu

Jeśli chodzi o moją opinię, to w odniesieniu do prawa autorskiego – kłóci się to z jego podstawowymi zasadami. Skoro autor ma prawo do anonimowego rozpowszechniania dzieła, to ma też prawo do tego, by jego prawa pozostawały pod ochroną prawa autorskiego. Wszak żaden przepis nie wskazuje na to, że „publikacja anonimowa powoduje zrzeczenie się praw autorskich”.

Sposobów potwierdzania autentyczności utworów jest więcej niż tylko podpis autora pod tym dziełem. Oczywiście, nie można domagać się, żeby istniało jakiegoś rodzaju domniemanie, że prawa autorskie do określonego typu dzieł zawsze będą przysługiwały Banksy’emu. Z drugiej strony istnieje wspominana specjalna agencja (Agencja Pest Control), która zajmuje się potwierdzaniem autentyczności jego dzieł, która jakiegoś rodzaju techniki w tym zakresie opracowała.

Z drugiej strony mamy kwestie praw własności przemysłowej i uważam, że w tym zakresie organ podjął decyzję… dyskusyjną. Oczywiście biorąc pod uwagę posiadane przez nas informacje.

Wprawdzie Banksy faktycznie założył sklep internetowy dopiero w toku postępowania i słusznie może to rodzić pytania o jego intencje. Mając na uwadze wypowiedzi autora nie ulega wątpliwości, że sklep powstał po to, żeby zarejestrować znak towarów.

Z drugiej strony żaden przepis prawa patentowego nie wymaga, by oznaczenie było w obrocie gospodarczym jeszcze przed złożeniem wniosku o rejestrację znaku towarowego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by produkty zostały oznaczone znakiem dopiero po dokonaniu jego rejestracji. Zwróćmy uwagę na definicję znaku towarowego „oznaczenie umożliwiające odróżnienie towarów”, a nie już odróżniające towary.

Organ oczywiście mógł posiadać informacje zebrane w toku postępowania dowodowego, które wskazywały na to, że Banksy nie zamierza wypuszczać na rynek jakichkolwiek produktów. Trudno podejrzewać, żeby Organ go przesłuchał, prawdopodobnie musiał się oprzeć na oświadczeniach pisemnych oraz innych powszechnie dostępnych źródłach. A w nich mógł przeczytać m.in. wyżej zacytowaną wypowiedź.

A to powodowałoby, że rozstrzygnięcie mogłoby się obronić pomimo swojej dyskusyjności.

Nawiasem mówiąc pojawia się tutaj cenna lekcja dla wszystkich, którzy mają jakieś postępowania w toku lub zamierzają wdać się w spór. Strategię należy przemyśleć wcześniej, bo działania teoretycznie zwiększające Wasze szanse w trakcie procesu mogą zostać uznane za działanie w celu obejścia prawa co spowoduje wręcz odwrotny skutek.

Spór drugi – małpa z Brighton

Spór został więc rozstrzygnięty, ale kilka lat później rozgorzał na nowo, tym razem – na punkcie małpy, która została namalowana (a raczej – nagraffitowana) w Brighton w Wielkiej Brytanii.

Banksy a prawa autorskie

Sytuacja jest tutaj bliźniacza. Próba zarejestrowania znaku towarowego przez wspominaną już Agencję Pest Control spotkała się z sprzeciwem firmy Full Colour Black. Argumenty były identyczne, ale stan faktyczny był już nieco inny. Dlaczego? Ano dlatego, że sklep Banksy’ego wciąż istniał, choć nigdy nie otwarto go stacjonarnie. Skarżący wskazywali, że sklep wciąż jest próbą obejścia prawa, nie ma pewności co do autorstwa utworu a także, oczywiście, powoływali się na poprzednią, pozytywną dla nich decyzję.

I EUIPO przychyliło się do tych argumentów, po raz kolejny odmawiając Banksy’emu ochrony jego własności intelektualnej.

Plot twist

Tutaj jednak wkroczyła Izba Odwoławcza EUIPO. Po wniesieniu odwołania przez wspominaną Agencję Izba uchyliła decyzję EUIPO. Uznała, że Banksy nie musi ujawniać swojej tożsamości, by przysługiwały mu prawa ochronne do jego dzieł. Co więcej, utwory te mogą również być znakami towarowymi lub markami pomimo tego, że stworzył je twórca anonimowy lub działający pod pseudonimem. Zdaniem organu nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań prawnych. Warunkiem przyznania ochrony, jak w każdym przypadku dotyczącym praw własności intelektualnej, jest oczywiście wykazanie ich autorstwa.

Jednocześnie, ponieważ sklep Banksy’ego wciąż istniał to nie było podstawy by uznać, że Banksy nie wykorzystuje swojego dzieła w sposób komercyjny. Nie miało przy tym znaczenia to czy artysta osiąga w ten sposób przychody i w jakiej wysokości. Liczy się to, że utwory są wykorzystywane do celów komercyjnych a nie wyniki biznesow.

Innymi słowy – tym razem więc anonimowy artysta zyskał prawo do pełnego poszanowania swoich praw własności intelektualnej, w tym praw autorskich, ma także prawo do komercjalizacji swoich utworów.

Komentarz do rozstrzygnięcia

W tym przypadku w pełni przychylam się do stanowiska organu. Wprawdzie, jak więc widać nie tylko polskie organy mają problemy z jednoznaczną interpretacją przepisów i stanów faktycznych, ale z drugiej strony możliwe jest, że poprzednia decyzja również była słuszna (z przyczyn które opisałem powyżej).

Podsumowanie

Banksy jest postacią barwną i bardzo, bardzo nietuzinkową. Przez to, w jaki sposób działa i publikuje wymyka się powszechnie obowiązującym zasadom i regułom. Potwierdzają to zresztą nie tylko jego przygody z prawem własności intelektualnej, ale również treść jego dzieł, wskazująca na jego antysystemowe podejście.

I celnie taką postawę wypunktował Sławomir Wikariak z Dziennika Gazety Prawnej – nie da się wykorzystać systemu i być poza nim. Skoro Banksy działa w taki a nie inny sposób i jawnie drwi z systemu prawnego (chodziło o sposób założenia i prowadzenia sklepu internetowego w toku pierwszego sporu z Full Colour Black), to nie powinien zgłaszać się do niego po ochronę.

Mimo to jednak, przykład Banksy’ego pokazuje, że nasze prawo jest niedoskonałe… i w niektórych przypadkach doskonałym być nie może. Mi osobiście trudno sobie wyobrazić system, który chroniłby artystów intencjonalnie anonimowych w sposób równie skuteczny jak twórców ujawniających swoją tożsamość. Musiałby on działać na pewnych domniemaniach (np. domniemania, że osoba podająca, że jest naszym „Banksy’m” faktycznie nim jest) a to znowu mogłoby doprowadzić do wprowadzania w błąd sądów, prokuratur czy wreszcie innych uczestników obrotu.

Artysta taki jak Banksy samodzielnie i świadomie wypycha się poza system ochrony prawnej pomimo tego, że formalnie jest przecież jego częścią.

Bo prawa autorskie do jego dzieł niewątpliwie mu przysługują. One powstają z chwilą ustalenia utworu i pozostają przy twórcy na zawsze – a prawa majątkowe przez kilka dekad po jego śmierci. A więc przedsiębiorcy wykorzystujące dzieła naszego bohatera bez jego zgody niewątpliwie naruszają jego prawa, a w konsekwencji dopuszczają się deliktu. Deliktu przed którym Banksy nie ma jak się bronić pozostając artystą anonimowym. 

I w tych okolicznościach pozostaje mu stwierdzić, idąc w ślad za jedną ze swoich prac – Laugh now, but one day I’ll be in charge.

 

Wielka wtopa z „Wielką wodą”

Wielka wtopa z „Wielką wodą”

„Wielka Woda” to serial, który opowiada między innymi o nieudolności państwa podczas wielkiej powodzi w 1997 roku. O paraliżu, niechęci do podjęcia trudnych i niepopularnych decyzji w imię ochrony życia i majątku ludzi. O poświęceniu i tego, jak żądamy od innych, by poświęcali się za nas. Co jednak ciekawe, ten znakomity serial już po swojej premierze dopisuje, toutes proportions gardées, podobną historię o tym, jak działają władze w Polsce w drugiej dekadzie XXI wieku.

W czym problem?

Serial „Wielka Woda” pojawił się na platformie Netflix w październiku 2022 roku i natychmiast poruszył publiczność. I to nie tylko rodzimą. Serial okazał się spektakularnym sukcesem – w ciągu dziesięciu dni został odtworzony przez ponad 10 milionów gospodarstw domowych. Znalazł się w TOP10 platformy w 78 krajach na całym świecie, w tym na tak ogromnych rynkach jak Stany Zjednoczone, Kanada, Francja czy Wielka Brytania. Pozytywne opinie krytyków i widzów zalały Internet.

Niestety, wkrótce pojawiły się pierwsze głosy mówiące o tym, że aktorzy i filmowcy mogą nie uzyskać prawa do wynagrodzenia z tytułu tzw. tantiem za udostępnianie utworu od Netflix. Dlaczego?

Na to pytanie odpowiem Ci w tym wpisie.

Sytuacja prawna producenta i współtwórców serialu

Zacznijmy od kontekstu, czyli tego, kto tak naprawdę jest kim w tym naszym kazusie. W całym tym wpisie chodzi bowiem głównie o rozróżnienie producenta i twórców serialu.

Producentem serialu (lub szerzej – utworu) jest osoba, która ponosi koszty jego wytworzenia oraz ryzyko całego przedsięwzięcia. Wszystkie osoby biorące czynny udział w pracy artystycznej i okołoartystycznej na planie filmowym są zaś jego współtwórcami. Mowa więc o aktorach, reżyserach, scenarzystach, twórcach muzyki i tak dalej.

Aktualne regulacje polskiego prawa autorskiego

Aktualnie obowiązująca w Polsce ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych wskazuje (w art. 70 ust 1), że domniemywa się, że producent utworu audiowizualnego nabywa na mocy umowy o stworzenie utworu albo umowy o wykorzystanie już istniejącego utworu wyłączne prawa majątkowe do eksploatacji tych utworów w ramach utworu audiowizualnego jako całości.

Oznacza to, że zasadą jest, że wszelkie prawa autorskie do utworu nabywa jego producent. Współautorzy z samej mocy umowy o stworzenie utworu (czyli – umowy z aktorem o tym, że będzie grał swoją postać, z reżyserem, że będzie reżyserował itd.) wyzbywają się praw autorskich na jego rzecz. I to bez prawa do dodatkowego wynagrodzenia… z kilkoma wyjątkami.

Wyjątki te określa art. 70 ust. 21 ustawy. Jest to przepis, który wskazuje, kiedy współtwórcom dzieła przysługuje wynagrodzenie za to, co dzieje się z utworem. Wynagrodzenie to przysługuje od „korzystającego z utworu” czyli każdy podmiot, który korzysta z utworu i prezentuje go finalnemu użytkownikowi, np. dystrybutor. Czyli w naszym kazusie – Netflix.

Znajdujemy tam takie sytuacje jak prawo do udziału w zyskach pochodzących z kin, zysków z najmu egzemplarzy utworów, nadawania utworów w telewizji czy w innych mediach oraz z reprodukcji utworu. I brakuje przepisu, zgodnie z którym współtwórcom należałoby się wynagrodzenie za publikację i odtwarzanie ich dzieła na platformach streamingowych.

To jest właśnie oś omawianego problemu.

Typowy przepływ pieniędzy między współtwórcami a Netflixem

W chwili obecnej sytuacja współtwórców serialu jest nieciekawa – i to przede wszystkim dlatego, że producent zdecydował się sprzedać serial przez platformę Netflix.

Bo sprawa wygląda tak:

Producent filmu sprzedaje go platformie streamingowej, za co może otrzymywać albo wynagrodzenie zryczałtowane (tj. jednorazowa transakcja przeniesienia autorskich praw majątkowych) albo, co zdarza się częściej, w postaci tantiem – czyli wynagrodzenia, w uproszczeniu „za odtworzenie” (udziela wtedy licencji).

Wynagrodzenie będzie oczywiście przysługiwać wyłącznie producentowi, bo w polskim prawie nie ma przepisów które nakazywałyby wypłacenie dodatkowego wynagrodzenia na rzecz współtwórców serialu.

I najsmutniejsze jest to, że gdyby serial został sprzedany telewizji, to współtwórcy otrzymaliby dodatkowe wynagrodzenie od tej telewizji (art. 70 ust. 21 pkt 3 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych), ale ponieważ mówimy o platformie streamingowej, to nic im nie przysługuje.

Absurd? Oczywiście, ale wynika tylko i wyłącznie z opieszałości działania naszego państwa. Całkiem zresztą podobnej do tej, którą obrazuje sam serial.

Geneza problemu

Bo tutaj wjeżdża nam z buta Dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym z dnia 17 kwietnia 2019 roku (dalej – Dyrektywa). Wszystkie kraje członkowskie UE powinny wdrożyć jej treść do swoich systemów prawnych do 7 czerwca 2021 roku.

W dyrektywie tej znajdujemy m.in. art. 18, który stanowi, że Państwa członkowskie zapewniają, aby w przypadku gdy twórcy i wykonawcy udzielają licencji lub przenoszą swoje wyłączne prawa do eksploatacji ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną, mieli oni prawo do odpowiedniego i proporcjonalnego wynagrodzenia. Nie wdając się w szczegóły treści dyrektywy, mając na uwadze pozostałe jej przepisy oraz jej cel – przepis ten nakazuje m.in. uregulowanie kwestii prawnych związanych z sprzedawaniem praw do emisji utworów przez platformy streamingowe przez producentów.

Ale pomimo istnienia dyrektywy przepisy te nie obowiązują w Polsce do dziś. Dlaczego?

Dyrektywa jako akt prawa

Bo Dyrektywa Europejska, w przeciwieństwie do rozporządzenia, nie jest prawem obowiązującym powszechnie. Jest to rodzaj odgórnego nakazu, w którym UE mówi Państwom jak powinny ukształtować swoje wewnętrzne przepisy (w ramach tzw. mechanizmów harmonizacji czyli doprowadzania systemu prawnego w UE do względnie jednolitego).

Dyrektywa nie obowiązuje w Polsce dopóki polski parlament nie przyjmie stosownych przepisów w drodze ustawy. A to znaczy, że omawiana dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych nie obowiązuje, bo ustawy nie ma.

Proces legislacyjny

Jak wygląda w Polsce proces legislacyjny, który miał się zakończyć 7 czerwca 2021 roku?

Pierwszy projekt ustawy powstał 6 czerwca 2022 roku, czyli niemal rok po tym, gdy miał wejść już w życie. W dniu 20 czerwca 2022 roku projekt skierowano do konsultacji społecznych. Oznacza to, że projekt jest na bardzo wczesnym etapie tworzenia i trudno powiedzieć czy i kiedy w ogóle zostanie uchwalony.

Projekt od czerwca 2022 roku projekt w ogóle nie ruszył. Na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji nie pojawiły się nawet żadne opinii i uzgodnienia świadczące o zakończeniu procesu konsultacji społecznych. Nic.

Projekt nosi numer UC103, a postępy prac można podglądać pod poniższym linkiem:

https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12360954/katalog/12887995#12887995

Co ciekawe, projekt ustawy zawiera przepis, który rozwiałby wszelkie wątpliwości. Dodaje bowiem do wspominanego już art. 70 ust. 21 ustawy kolejny podpunkt, zgodnie z którym współtwórcom przysługuje wynagrodzenie z tytułu publicznego udostępniania utworu w taki sposób, aby każdy mógł mieć do niego dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym. Czyli za udostępnianie utworu m.in. na platformach streamingowych.

Co to znaczy? To znaczy, że gdyby nasze państwo działało tak, jak należy, to współtwórcom przysługiwałyby tantiemy od Netflixa. A tak to się nie należą.

Podsumowanie

Pomimo tego, że sam temat jest fascynujący (ogólnie lubię prawo autorskie, więc chętnie omawiam takie rzeczy) to ten tekst pisało mi się bardzo trudno.

Z jednej strony dlatego, że jestem autentycznie wkurzony. Pierwszy projekt ustawy wdrażającej Dyrektywę powstał 6 czerwca 2022 roku. Niemal dokładnie rok po dniu, w którym przepisy te powinny wejść w życie. Od 20 czerwca 2022 roku z ustawą nie dzieje się nic. Paraliż legislacyjny państwa związany z tym w sumie krótkim projektem ustawy jest naprawdę zatrważający.

Wdrożenie dyrektyw UE jest obowiązkiem państw członkowskich wynikającym z traktatów, którego to obowiązku Polska nie dopełniła i zrobiła to na szkodę swoich własnych obywateli.

Z drugiej strony jest mi autentycznie żal naszych aktorów, reżyserów, scenografów i ogólnie wszystkich filmowców którzy pracowali przy „Wielkiej Wodzie”. Tyle się mówi o tym, jak to państwo wspiera twórców, jak nam zależy na tym, żeby było o naszej twórczości głośno.

No więc widać, politykom zależy głównie wtedy, gdy trzeba powiedzieć cokolwiek dobrego. Bo gdyby ten sam serial powstał w Niemczech czy Czechach, to współautorzy otrzymaliby tantiemy od Netflixa. Ale ponieważ powstał w Polsce, to mogą dostać co najwyżej jakiś uścisk dłoni.

Możliwe rozwiązania problemu

Okej, a czy współautorzy serialu mają jakieś rozwiązania w zanadrzu?

Ja dostrzegam dwie możliwości, ale obie są zawieszone na cieniutkiej nitce. Są to raczej protezy, których ryzyko procesowe (i nie tylko) jest ogromne, prawdopodobnie, dużo wyższe niż przewidywane korzyści.

Pierwsza z opcji to pójście ścieżką którą zaproponował mec. Wojciech Machała w Rzeczpospolitej i pójście na twardo. Pan Mecenas wyraził pogląd, że jeśli utwór znajdzie się w repertuarze serwisu streamingowego, to przez sam ten fakt następuje jego publiczne udostępnienie przez „inny środek publicznego komunikowania. W takiej sytuacji zastosowanie znalazłby art. 70 ust. 21 pkt 3 ustawy, a współtwórcom należałoby się wynagrodzenie.

Tutaj jednak pojawia się zasadniczy problem, ponieważ od lat przyjmuje się, że nadawanie internetowe może być „innym środkiem publicznego komunikowania” ale tylko w przypadku, gdy jest odtwarzane widzom bezpośrednio tj. w czasie i miejscu wskazanym przez nadawcę (tzw. webcasting). Natomiast wynagrodzenie na tej podstawie nie będzie przysługiwało w ramach korzystania z usług „na żądanie” jak to zaproponował pan mecenas (tak: np. A. Michalak (red.), Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Komentarz, Warszawa 2019). Dyskwalifikowałoby to platformy streamingowe z kręgu zobowiązanych do zapłaty tantiem.

Drugim pomysłem jest zastosowanie art. 44 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, z którym bliższe zderzenie, połączone z bolesnym upadkiem na twarz swojego wizerunku, zanotował Andrzej Sapkowski żądając podwyższenia wynagrodzenia za korzystanie z postaci Wiedźmina od CD Projektu.

Przepis ten wskazuje, że w razie rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd. W tym przypadku jednak również pojawiają się brzydkie problemu – związane z badaniem czy współautorzy serialu mają w ogóle prawo dochodzić tantiem od Netflixa oraz z koniecznością wykazania rażących dysproporcji między ich wynagrodzeniem a korzyściami serwisu.

Ewentualnie pozew taki mogliby skierować przeciwko producentom serialu – tylko problem w tym, że producenci nie są w tej sprawie absolutnie niczemu winni…

Uzupełnienie dzięki Pawłowi M.

Kolega Paweł Marder, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, zaproponował, by w takiej sytuacji rozważyć też możliwość odpowiedzialności Skarbu Państwa. W takiej sytuacji Skarb Państwa musiałby zrekompensować współtwórcom to, co utracili przez niewdrożenie dyrektywy w drodze odszkodowania. 

Czy taka odpowiedzialność jest możliwa?

Owszem, na podstawie art. 417 Kodeksu Cywilnego. Jednakże byłaby to droga przez ciernie – stosownie do wyroku Sądu Najwyższego z 19 czerwca 2013 r. (I CSK 392/12) współtwórcy musieliby wykazać:

  • że obowiązek wdrożenia ustawy o określonej treści był sprecyzowany co do treści, a data wdrożenia była ściśle określona;
  • że ich sytuacja prawna miała być w sposób korzystny dla nich ukształtowana przez przepisy niewydanego aktu normatywnego;
  • że doznany uszczerbek majątkowy nie nastąpiłby bez rozpatrywanego zaniechania legislacyjnego i że uszczerbek ten jest normalnym następstwem zaniechania.

Innymi słowy – muszą wykazać nie tylko, że państwo miało ścisły obowiązek uregulowania tej materii w drodze ustawy w taki sposób, że byłoby to korzystne dla współautorów, a jednocześnie że takie wynagrodzenie byłoby im należne (tak co do zasady jak i co do wysokości). Droga trudna, nawet bardzo, ale prawdopodobnie najbardziej sensowna z tych trzech, które zostały zaproponowane. 

Dziękuję Paweł! 

 

 

Clement Valladigham – jednorazowy adwokat

Clement Valladigham – jednorazowy adwokat

Czy są jakieś granice w działaniu na korzyść klienta? Oczywiście, ale kto by się nimi przejmował – a już na pewno nie Clement Vallandigham, adwokat jednorazowy.
 

Kariera polityczna

 
Był to amerykański polityk i adwokat, specjalizujący się w sprawach karnych. Jego życie to wylęgarnia ciekawostek – był bardzo ekspresyjnym przeciwnikiem Abrahama Lincolna (którego oskarżał o bycie absolutnym tyranem) i przeciwnikiem powszechnych poborów do wojska podczas wojny konfederacyjnej. Bardzo głośnym przeciwnikiem, bo ostatecznie skończył z wyrokiem za zdradę ojczyzny, ale o tym za chwilę.
 
Należał do partii Demokratów – z jej ramienia rozpoczął karierę polityczną w 1845 roku, gdy dostał się do legislatury stanu Ohio. W 1856 roku startował do Kongresu, przegrał wybory niewielką ilością głosów. Chyba się z tego powodu nie ucieszył, bo odwołał się do Komisji Wyborczej Izby Reprezentantów i… wygrał. Udowodnił nieprawidłowości podczas liczenia głosów. Od 1856 roku zasiadał więc w Kongresie. Jego kariera polityczna trwała praktycznie do 1863 roku – wtedy rozpoczęły się jego problemy związane z procesem o zdradę.
 
Zdrada była trochę naciągana, bo poszło o słowa jakoby „król Lincoln” miał nie walczyć o jedność przyszłych USA tylko o zniesienie niewolnictwa – kilka dni po wypowiedzeniu tych słów został aresztowany i szybko osądzony. Sąd wojskowy orzekł, że ma on zostać osadzony w więzieniu wojskowym w Fort Warren w Massachusetts na czas trwania wojny secesyjnej. Wyroku w całości nie odsiedział, ponieważ Abraham Lincoln nakazał go deportować na tereny zajęte przez konfederatów. 
 
Nawiasem mówiąc to, jak potoczyła się jego kariera polityczna jest naprawdę osobliwe. Naprawdę rozpoznawalną w USA osobą stał się dopiero po procesie. Wtedy to przez amerykańską prasę przetoczyła się głośna dyskusja o granicach wolności słowa i wypowiedzi, a także o tym, jakie są granice wykorzystywania aparatu państwa do własnych celów politycznych (w kontekście Abrahama Lincolna). Ktoś mógłby pomyśleć, ze taki rozgłos będzie tylko służył naszemu bohaterowi. 
 
A tu klops, bo po procesie o zdradę stanu startował jeszcze w wyborach na gubernatora stanu Ohio, ale wyraźnie przegrał z Johnem Brough’em. Później konspirował w ramach organizacji „Synowie Wolności”, którym miał przywodzić (ale zręcznie wywinął się od kary za konspirację), próbował też sił w wyborach do Senatu oraz Izby Reprezentantów, ale za każdym razem wybory przegrywał.
 
 

Poglądy

Vallandigham był zwolennikiem niewolnictwa. Jego zdaniem niewolnicy powinni wykonywać „brudną robotę południa”. Jednocześnie był bardzo silnym zwolennikiem istnienia i przestrzegania praw konstytucyjnych. A ponieważ ówczesna Konstytucja niewolnictwa nie zakazywała, to, jego zdaniem, rząd federalny nie posiadał uprawnień do zniesienia niewolnictwa. 

Zadziwiająco prawostronne argumenty jak na demokratę, prawda? 

Jednocześnie, stanowczo opowiadał się nie tylko przeciwko Abrahamowi Lincolnowi, ale także równouprawnieniu czarnoskórej ludności zamieszkującej Stany Zjednoczone. Jego zdaniem ludzie ci nie tylko nie byli równi białym, ale nawet nie powinni posiadać praw wyborczych i podstawowych wolności obywatelskich. 

Był to więc dość typowy, konserwatywny Amerykanin połowy XIX wieku.

Śmierć

No ale wróćmy do historii jego efektownego końca. Mając 50 lat, w 1871 roku, bronił oskarżonego o zabójstwo Thomas McGehean’a. Do morderstwa miało dojść podczas bójki w barze w jednej z miejscowości stanu Ohio. Thomas McGehean był jednym z pięciu napastników, którzy wpadli do baru w niespecjalnie pokojowych zamiarach i to na niego padło oskarżenie, jakoby miał z zimną krwią zastrzelić Thomasa Myersa, oddając strzał w jego brzuch z rewolweru. Thomas McGehean utrzymywał, że ofiara… zastrzeliła się sama i miał na to silny argument – otóż nikt nie widział go z bronią. Nikt, oprócz Jacka Garvera, wspólnika w napadzie, który utrzymywał, że broń w jego ręku widział. Dziś spekuluje się, że poszedł on na układ z prokuraturą.
 
Ofiara zabiła się sama. No fajna linia obrony tylko… jak to udowodnić?
 
Nie było przecież kamer monitoringu, instytucja biegłego zbyt dobrze wtedy nie funkcjonowała a świadkowie, zaaferowani barową bójką, mieli prawo nie widzieć zdarzenia. Pozostało przeprowadzenie eksperymentu procesowego. Problem w tym, że w XIX wieku nie znano jeszcze eksperymentów procesowych w dzisiejszym rozumieniu – w sterylnych warunkach laboratorium, popartych później opinią biegłych. Eksperyment trzeba było przeprowadzić na sali sądowej.
 
Mecenas Vallandigham postanowił taki eksperyment przeprowadzić samodzielnie. Jego klient oświadczył, że do wystrzału doszło w czasie, gdy Tom Myers podnosił się z kolan (być może po otrzymaniu od kogoś ciosu w czasie bójki). Adwokat przygotował więc pokaz, który zaplanował na dzień 16 czerwca 1871 roku w hotelu The Golden Lamb. Wziął więc nienaładowany rewolwer, przyklęknął po czym podnosząc się z kolan… oddał strzał.
 
Taki prawdziwy strzał, bo rewolwer okazał się być nabity. Adwokat pomylił pistolety. Kula przeszyła żołądek i najprawdopodobniej skończyła lot w okolicach pęcherza pana mecenasa. Adwokat zmarł następnego dnia na zapalenie otrzewnej.
 
Co na to ława przysięgłych? Otóż… nic.
 
Takie nowatorskie podejście do przeprowadzenia eksperymentu procesowego sprawiło, że przysięgli nie byli w stanie wydać werdyktu. Sprawę więc przeniesiono do innego hrabstwa, gdzie ostatecznie Tom Myers został uniewinniony i zwolniony z aresztu – nie nacieszył się jednak życiem na wolności zbyt długo. Niespełna cztery lata później został zastrzelony w swoim własnym domu.
 
No nie wiem jak Wy, ale ja jestem pod wrażeniem poświęcenia naszego bohatera. I jego skuteczności też, bo obronienie człowieka oskarżonego o zabójstwo to jest naprawdę duże osiągnięcie dla obrońcy.
 
Jednocześnie, tak sobie myślę, o ileż ciekawsze mogłoby być życie prawników, gdyby na wokandzie w Polsce można było zabawić się w prowadzenie tego typu eksperymentów?
Jordan Kinyera – prawnik, który walczył (nie tylko) o swoje.

Jordan Kinyera – prawnik, który walczył (nie tylko) o swoje.

Prawnicy to często ludzie niezwykli. Silni, nieustępliwi i niezłomni. Walczymy o sprawy klientów jak o swoje własne. Czasami jednak prawnik musi zawalczyć o sprawy swoje i swojej rodziny – i taką niezwykłą opowieść przedstawię Ci dzisiaj.
 
Bo dziś przedstawiam Ci Jordana Kinyera, którego historia jest wspaniałą opowieścią o miłości, motywacji i…. prawie. I będzie happyend!
 
Kinyera pochodzi z Ugandy i, a jakże, jest prawnikiem. Nieszczególnie to ciekawe, bo prawdopodobnie w Ugandzie jest ich jeszcze kilku, ale to, co mnie w jego postaci urzekło to przyczyna, która go w ramiona prawa pchnęła.
 
Jego historia zaczyna się, gdy był jeszcze dzieckiem (bo w sumie historia każdego człowieka się wtedy zaczyna). W 1996 roku, kiedy miał 6 lat, jego ojciec utracił tzw. ojcowiznę. Historia tego skrawka ziemi jest naprawdę przykra, melodramatyczna wręcz, bo ojciec Jordana (już przeszło 50 letni) wychował się tam, pochował na tym skrawku ziemi swoich rodziców i brata, a następnie… został pozwany przez sąsiadów i na ich rzecz tę ziemię utracił.
 
Nie jest to niczym niezwykłym w Ugandzie. To dosyć specyficzny kraj, a według różnych statystyk prowadzonych przez dzisiejsze, ugandyjskie kancelarie spory o własność gruntów prowadzi do 33 do 50% wszystkich właścicieli ziemskich w tym kraju. Są to sprawy tak powszechne, że ichni Sąd Najwyższy posiada całą izbę poświęconą wyłącznie sporom ziemskim.
 
Dla porównania – w Polsce Sąd Najwyższy posiada tylko izby „gałęziowe” – karną, cywilną, pracy i ubezpieczeń społecznych oraz dwie dodatkowe – kontroli nadzwyczajnej i spraw publicznych oraz odpowiedzialności zawodowej. Jest to więc trochę tak, jakby stwierdzono, że nasz Sąd Najwyższy wymaga stworzenia dodatkowej izby wyłącznie np. dla spraw frankowiczów czy wynajmu mieszkań. 
 
To oznacza, że skala spraw dotyczących własności nieruchomości jest w Ugandzie ogromna. Historia ta więc, jakkolwiek smutna, nie jest jakaś szokująca w tamtym rejonie świata.
 
Ciekawe jest natomiast to, jak historia ta wpłynęła na młodego Jordana Kinyera. Chłopak obserwował ten rodzinny dramat, który wpłynął na całe jego dzieciństwo, relacje z ojcem oraz… na jego życie zawodowe. Jak wspomina nasz bohater, w sytuacji, przed jaką postawiono jego ojca, było coś odczłowieczającego. Wiedział, że został potraktowany niesprawiedliwie, utracił wszelkie dochody. Był zdesperowany, ale bezsilny. I to ta bezsilność pchnęła Kinyerę w objęcia prawa. Postanowił zostać prawnikiem.
 
I został! Przez 18 lat uczył się, zakuwał, pracował po to, by zostać kimś w rodzaju polskiego adwokata. Wyspecjalizował się, a jakże, w sporach ziemskich – wiemy już, że w Ugandzie to bardzo dobry rynek dla prawnika, więc nie jest to dziwne. I wtedy ruszył do swojego, zwycięskiego dodajmy, ataku.
 
Po długim procesie sądowym, który otarł się o wszystkie możliwe w Ugandzie instancje, w 2019 roku (czyli 23 lata po tym, jak ojciec utracił swój skrawek ziemi), Sąd Najwyższy Ugandy przyznał Kinyerowi rację i rozstrzygnął, że wyrok z 1996 roku został wydany niezgodnie z prawem, w związku z czym ojcowizna przysługuje jego ojcu. Tym samym sąsiedzi, którzy odebrali mu nieruchomość, zostali zobowiązani do jej zwrotu.
 
W chwili wydania tego wyroku jego ojciec miał już 82 lata. Nie mógł już zbyt wiele zrobić na tym małym skrawku ugandyjskiej ziemi. Jak z uśmiechem wskazywał Kinyera – teraz rolą jego i jego rodzeństwa jest dbanie o to, by ziemia ta była zadbana w odpowiedni sposób. Z całą pewnością jednak ojciec Kinyery mógł na niej odejść i spocząć, z poczuciem nierychłej sprawiedliwości i wielkiej dumy z syna, który wychowawszy się w biednej, rolniczej, pozbawionej własnej ziemi rodzinie zdołał wspiąć się naprawdę wysoko i zawalczyć o rodzinny majątek.
 
Teraz Jordan Kinyera ma 32 lata i zajmuje się pomaganiem kolejnym rodzinom, które w przeszłości utraciły swój dorobek życia.
 
Nie wiem jak Was, ale mnie ta historia trochę wzrusza. Okej, jest łzawa, ale mówi o tym, co przyświeca mi, i naprawdę wielu innym prawnikom, od samego początku studiów czy w ogóle zainteresowania się tym tematem – prawnik ma pomagać ludziom. Tak widzę naszą misję i najważniejsze zadanie.
O tym, jak matka pozwała Eminema.

O tym, jak matka pozwała Eminema.

Witam Cię w nowej części mojego bloga, którą nazwałem „Z prawa wzięte”. Będę tutaj umieszczał rozmaite ciekawostki o prawie, prawnikach, ciekawych procesach i inne fajne sprawy, które wprawdzie nie nauczą Cię zbyt wiele, ale być może pozwolą Ci przyjemnie spędzić czas podczas przerwy w pracy… i zaskoczyć znajomych opowieścią o tym, jak to matka pozwała Eminema.

Że co?!

No właśnie to, także… do roboty!

Pani ze zdjęcia to Debbie Mathers. Sama z siebie jest postacią z gatunku tych, o których nikt nigdy niechciałby czytać, gdyby nie to, że jest… matką Marshalla Bruce’a Mathersa III. Czyli Eminema. Nawiasem mówiąc w ten sposób dowiedziałem się dlaczego moja ulubiona płyta tego wykonawcy nosi tytuł The Marshall Mathers. Świat nigdy już nie będzie taki sam.
 
Debbie urodziła syna mając 17 lat. Wychowywała go samotnie, bo ojciec Marshalla opuścił rodzinę tuż po narodzinach chłopca. Czy byłą dobrą matką nie wiem, choć się domyślam, bo lubiła dawać i w szyję i w żyłę.
 
A mówią, że przez dawanie w szyje nie ma dzieci. Telewizja kłamie, pamiętajcie.
 

Zarzewie konfliktu

 
Eminema, jak przystało na poważnego rapera, wychowywała więc ulica oraz… babcia, u której musiał zamieszkać po tym, jak matka wyrzuciła go z domu. Czy nasz bohater chował urazę do matki za swoje jakże udane dzieciństwo? Ależ skąd, w ogóle jej nie chował, obnosił się z nią jak TVP z Tuskiem. Większość tekstów na pierwszych albumach jedynego białego wśród czarnych odnosiła się do alkoholizmu i narkomanii matki. Eminem bez skrępowania rapował o tym, że Debbie znęcała się nad nim fizycznie i psychicznie a nawet wmuszała w młodego Marshalla alkohol. Utworów odnoszących się do dzieciństwa rapera ma on w swojej dyskografii całkiem sporo. Debbie Mathers nie spodobały się zwłaszcza utwory umieszczone na The Slim Shady LP.
 
Mamuśka prawdopodobnie nie znała się na muzyce ulicy i nie łapała konwencji, ale z całą pewnością załapała o co chodziło w tekście – i postanowiła pozwać swojego już sławnego syna. O 11 milionów dolarów.
 

Matka Eminema też rapuje

 
A skąd wiem, że nie łapała rapowej konwencji? A na przykład stąd, że nagrała piosenkę, którą… próbowała pogodzić się z Eminemem. To dość osobliwe, bo utwór powstał w 2000 roku, czyli w tym samym, w którym Debbie złożyła wspominany pozew. Poniżej znajduje się to arcydzieło, ale pamiętaj, że słuchasz na własną odpowiedzialność, bo, jak to ujął jeden z komentujących, talent do rapowania Marshall raczej odziedziczył po ojcu:
 
Ostrzegałem…
 

Proces i wyrok

 
Wracając do procesu. Prawnicy rapera podnosili, że teksty Eminema odpowiadają temu, co chłopak przechodził w dzieciństwie, a sam pozew jest jedynie próbą wyciągnięcia z niego kasy i odzwierciedla bardzo trudną historię relacji matki i jej dziecka. Sam Marshall miał zostać również bardzo zraniony przez matkę, bo nie spodziewał się po niej tego, że posunie się aż do złożenia pozwu. Co jest osobliwe w sytuacji, gdy mówimy o kobiecie, która poiła swojego dzieciaka wódką, ale mniejsza.
 
Ciekawostką jest to, że sprawę rozpatrywał sędzia o polskich korzeniach – Mark Switalski, który w wyroku z 8 sierpnia 2001 roku… przychylił się do argumentacji Debbie Mathers! Mimo to matka Eminema wyszła z sądu taką miną, jakby właśnie wysłuchała swojej własnej, podlinkowanej wyżej piosenki.
 
Dlaczego?
 
Otóż sąd stwierdził, że wprawdzie doszło do zniesławienia Debbie Mathers, ale kwota 11 dużych baniek jest…. troszeczkę wygórowana. Zasądził na jej rzecz… 25 tysięcy dolarów, czyli na dziś jakieś 41.000 USD. Nadal sporo prawda? No niby prawda, ale 23,354.25 USD popłynęło do pełnomocnika Debbie, adwokata Freda Gibsona. A to znaczy, że Debbie Marshall zarobiła na tej dramie nieco ponad 1.600 dolarów. Grubo.
 

Jak by to wyglądało w Polsce?

 
Wynik i tak nie jest taki zły. Gdyby sprawa odbyła się w Polsce, to pojawiłby się brzydki problem z rozliczeniem kosztów postępowania. Zgodnie z naszymi przepisami koszty postępowania co do zasady pokrywa strona przegrana, a w przypadku, gdy strona wygrywa w części, to koszty rozkładają się proporcjonalnie do wyniku procesu. Debbie Marshall wygrała swój proces w 0,2%, a to oznacza, że przed polskim sądem byłaby zobowiązana do zapłaty 99,8% kosztów postępowania – w tym kosztów zastępstwa procesowego prawników Eminema.
 
A na pokrycie tych kosztów 1.600 USD z pewnością by nie wystarczyło.
 
Ostatnimi czasy pojawia się wprawdzie orzecznictwo, które wskazuje na to, że koszty postępowania w sprawach o zadośćuczynienie powinna ponosić strona, która przegrywa co do zasady (czyli – skoro sąd stwierdził, że Eminem naruszył prawo, to on powinien ponosić koszty w całości), jednak stanowisko to dopiero się uciera i nie zawsze znajduje wyraz w wyrokach sądów. Ponadto, przy tak dużej dysproporcji kwoty wygranej do żądanej trudno mi sobie wyobrazić, by to Eminem miał, oczywiście w Polsce, pokrywać wszystkie koszty. Prawdopodobnie skończyłoby się więc na zastosowaniu zdania drugiego z art. 100 k.p.c. który stanowi że:
Sąd może (…) włożyć na jedną ze stron obowiązek zwrotu wszystkich kosztów, jeżeli jej przeciwnik uległ tylko co do nieznacznej części swego żądania albo gdy określenie należnej mu sumy zależało od (…) oceny sądu.
 
A to sprawiłoby, że zwycięstwo Debbie byłoby jeszcze bardziej pyrrusowe, bo zapłaciłaby za całe postępowanie więcej, niż osiągnęła.
 
Dlatego pamiętajcie na przyszłość – jeśli będziecie kogoś pozywać o zadośćuczynienie, to zadbajcie o to, by dochodzona kwota była możliwie najbardziej realna do uzyskania. Wtedy macie większe szanse na to, że nawet jeśli nie uzyskacie całości żądanej kwoty, to chociaż nie poniesiecie kosztów sądowych.
 

Zakończenie sporów

 
A jak kończy się historia Debbie i Marshalla? Otóż relacje zwaśnionych stron poprawiły się dopiero wtedy, gdy Debbie zachorowała na raka. W 2013 roku, by ogłosić pogodzenie się światu, Eminem opublikował utwór Headlights, w którym przebacza swojej matce i wyciąga rękę na zgodę. To musiało być trudne, ale z całą pewnością było oczyszczające…
Telefon na urlopie – czyli case study pewnego mema.

Telefon na urlopie – czyli case study pewnego mema.

Ostatnimi czasy internety podbiło zdjęcie karteczki, która ponoć zawisła w siedzibie jednego z pracodawców. Tak całkowicie szczerze mówiąc, to mam nadzieję, że to fejk, ale… wcale bym się nie zdziwił, gdyby było to prawdziwe ogłoszenie w przysłowiowym „Januszexie”. Pomyślałem jednak, że to dobra okazja na małe case study. Jak to jest z tymi telefonami podczas urlopów i czy pracodawca może nałożyć karę pieniężną na swoich pracowników?

Mowa oczywiście o tym zdjęciu:

W tym wpisie zakładam, że mówimy o pracownikach zatrudnionych na umowę o pracę. Wskazuje na to m.in. treść ogłoszenia która mówi o urlopie, a ten jest domeną prawa pracy. Oczywiście możliwe jest, że sprawa dotyczy osób na dziele/zleceniu – w takim przypadku taka kara mogłaby być uzasadniona ale tylko pod warunkiem, że obowiązek odbierania telefonu, oddzwaniania w czasie urlopu widniałby w umowie, a owa kara zostałaby uregulowana jako kara umowna.

Co więc jest tutaj nie tak?

Uwaga praktyczna

Drobna uwaga praktyczna dla wszystkich pracodawców zanim przejdziemy do kwestii prawnych. Dotyczy to wszelkich ogłoszeń, zarządzeń i pisemnych poleceń dla pracowników – otóż zanim zdecydujesz się je stworzyć, to dobrze przemyśl, czy w ogóle są one egzekwowalne.

O czym mowa? Otóż o tym, że w powyższym ogłoszeniu karalne nieodebranie telefonu ma być „celowe”, a oddzwonienie ma nastąpić „po pewnym czasie”. Ciężar dowodu w postępowaniu z zakresu prawa pracy (jak w każdym postępowaniu cywilnym) spoczywa na tym, który z dowodzonego faktu wywodzi skutki prawne (art. 232 k.p.c.). To oznacza, że to pracodawca będzie musiał wykazać, że pracownik celowo nie odebrał telefonu i do niego nie oddzwonił po właściwym czasie.

A ten właściwy czas ma być „pewny”, więc w zasadzie nie wiadomo jaki.

Jak więc nasz pracodawca zamierza wykazać, że pracownik nie odebrał telefonu celowo, a nie dlatego, że zagłuszyły go fale? Tego nie wiemy i prawdopodobnie sam pracodawca tego nie wie. Dlatego nawet, gdyby założyć, że pod względem prawnym wszystko jest ok, to pracownik mógłby bardzo łatwo uwolnić się od odpowiedzialności. Na przykład o tak:

Jestem przekonany, że pracodawca nie byłby też w stanie wykazać przed sądem, że pracownik nie oddzwonił do niego „po pewnym czasie”.

Dlatego, jeśli jesteś pracodawcą, to pamiętaj – jeśli zamierzasz ogłosić coś swoim pracownikom to zastanów się nad tym, czy Twoje polecenie czy zarządzenie będzie w ogóle egzekwowalne.

No dobrze, to drobiazgi mamy za sobą, więc zajmijmy się tym, co w tym ogłoszeniu „najgrubsze”.

Odbieranie telefonów w czasie urlopu

Czy pracownik musi odbierać telefony od pracodawcy podczas urlopu wypoczynkowego?

Intuicyjna odpowiedź brzmi oczywiście NIE. I jest to odpowiedź prawidłowa, choć doznaje drobnych wyjątków.

Pracownik oczywiście nie musi, ba, nie powinien świadczyć pracy podczas urlopu, a pracodawca nie może go do tego zmusić. Na pracodawcy  spoczywa obowiązek takiej organizacji pracy, aby on sam, jak i pozostali pracownicy mogli korzystać z niezakłóconego odpoczynku w czasie urlopu wypoczynkowego (tak: wyrok Sądu Najwyższego – Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych z dnia 23 marca 2017 r. I PK 130/16), a takim zakłóceniem odpoczynku z całą pewnością jest telefon od szefa.

Państwowa Inspekcja Pracy wskazuje, tym razem wprost – Pracownik nie ma obowiązku odbierania telefonu od pracodawcy w trakcie urlopu wypoczynkowego (https://www.pip.gov.pl/pl/baza-wiedzy/prawo-pracy/urlopy-pracownicze/129359,czy-pracownik-zobowiazany-jest-odebrac-telefon-od-pracodawcy-w-trakcie-urlopu-wypoczynkowego-.html).

Ale.

Istnieje przepis, który komplikuje tę kwestię dość znacząco – konkretniej art. 167 kodeksu pracy, który pozwala odwołać pracownika z urlopu, ale tylko wówczas, gdy jego obecności w zakładzie wymagają okoliczności nieprzewidziane w chwili rozpoczynania urlopu.

Jest to jednostronna decyzja pracodawcy, którą może podjąć, gdy:

  • wystąpiły szczególne okoliczności nieprzewidziane w chwili rozpoczynania urlopu;
  • nieobecność pracownika w pracy spowodowałaby poważne zakłócenia w procesie pracy.

Warto podkreślić, że nie mogą to być przyczyny związane z organizacją czasu pracy, które leżą w odpowiedzialności pracodawcy (np. nagłe duże zamówienie). Jak już wiesz, obowiązek zapewnienia niezakłóconego urlopu spoczywa na pracodawcy i jest to również obowiązek związany z organizacją pracy. Innymi słowy – pracodawca podejmuje się tego przykładowego dużego zlecenia na swoje organizacyjne ryzyko i nie może nim obciążyć pracownika będącego na urlopie. W art. 167 kodeksu pracy chodzi raczej o przypadki losowe, przy których obecność pracownika jest absolutnie niezbędna. Jak wskazał PiP w przytoczonym powyżej stanowisku, chodzi raczej pracowników kluczowych w zakresie zarządzania sytuacjami kryzysowymi (kadry menedżerskiej) oraz w razie awarii.

Dla pracownika taka decyzja jest równoznaczna z poleceniem służbowym pochodzącym od pracodawcy, a to znaczy, że w świetle art. 100 §1 kodeksu pracy jest on zobowiązany do polecenia się zastosować – ale tylko w przypadku, gdy polecenie to nie jest sprzeczne z prawem.

A sprzecznym z prawem będize niezasadne przywrócenie pracownika z urlopu (tak: Uchwała Sądu Najwyższego – Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych z dnia 9 lutego 1967 r. III PZP 22/66) i niewykonanie takiego polecenia nie może stanowić podstawy do wyciągania względem pracownika jakichkolwiek konsekwencji.

Okej, czyli wiemy, że pracodawca może, choć tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, kontaktować się z pracownikiem w celach służbowych – pytanie tylko, czy pracownik musi ów kontakt podejmować oraz czy jest zobowiązany do inicjowania kontaktu w przypadku, gdy pracodawcy się to nie uda.

Obowiązek złożenia pracownikowi informacji o tym, że pracodawca odwołuje urlop, spoczywa na pracodawcy i pracownik nie ma w tym zakresie żadnych obowiązków. Ba, pracownik nie ma nawet obowiązku sprawdzać podczas urlopu poczty e-mail (tak: wyrok Sądu Najwyższego – Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych z dnia 8 marca 2017 r. II PK 26/16). A ponieważ pracownik może również nie przebywać w domu podczas urlopu, to kontakt telefoniczny w sprawie nagłej i pilnej wydaje się być naturalnym wyborem i jest dopuszczalny zwłaszcza, jesli pracownik posiada telefon służbowy. Wydaje się też, że obowiązek odebrania takiego telefonu powinien być uregulowany w przepisach wewnątrzzakładowych np. regulaminie pracy albo chociaż ustnie ustalony z pracownikiem.

W związku z powyższym pracownik nie jest też zobowiązany do inicjowania kontaktu z pracodawcą nawet, jeśli ten poprzednio do niego dzwonił. Obowiązek powiadomienia pracownika o odwołaniu go z urlopu spoczywa tylko na pracodawcy.

Podsumowując więc – nałożenie na pracownika obowiązku odebrania telefonu od pracodawcy jest możliwe, ale tylko i wyłącznie w ściśle określonych sytuacjach, tj. gdy wiąże się to z koniecznością odwołania jego urlopu. Dotyczy to więc bardzo wąskiej grupy pracowników, których należy uprzedzić o tym, że ich telefon może być wykorzystany do takich celów.

Pracodawca zaś nie może wykonać połączenia służbowego w celu realizacji swoich bieżących spraw. Zadaniem pracodawcy jest takie zorganizowanie okresu urlopowego, żeby pracownik mógł w sposób niezakłócony bieżącą pracą odpocząć.

Kary pieniężne stosowane przez pracodawców

Drugą kwestią którą należałoby poruszyć jest stosowanie kar pieniężnych przez pracodawców. Czy w ogóle mogą oni w ogóle obciążyć pracownika takim „mandatem”?

Otóż mogą, ale tylko w bardzo ściśle określonych przypadkach. Jak stanowi art. 108 §2 kodeksu pracy, pracodawca może stosować karę pieniężną w ramach odpowiedzialności porządkowej pracowników za: nieprzestrzeganie przez pracownika przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy lub przepisów przeciwpożarowych, opuszczenie pracy bez usprawiedliwienia, stawienie się do pracy w stanie nietrzeźwości lub spożywanie alkoholu w czasie pracy.

Jak widać brak na tej liście „za nieodebranie telefonu podczas zasłużonego wypoczynku na Malediwach”, w związku z czym w tym zakresie kara pieniężna byłaby nieuzasadniona.

Co może zrobić pracownik?

No dobrze, więc co można doradzić pracownikowi, którego spotkała niewątpliwa przyjemność odczytania takiego ogłoszenia w swoim miejscu pracy?

Po pierwsze – że ma prawo do niezakłóconego urlopu wypoczynkowego, a to oznacza, że nie jest związany poleceniem pracodawcy do odbierania każdego jego telefonu oraz oddzwaniania.

Po drugie – że pracodawca może go odwołać z urlopu i zrobićto telefonicznie, ale może to nastąpić wyłącznie w bardzo ściśle określonych okolicznościach.

Po trzecie – że pracodawca nie ma prawa do nakładania kar finansowych za tego typu „przewinienia”.

Po czwarte – że w związku z powyższym „zarządzenie” które wisi w jego miejscu pracy jest pozbawione podstaw prawnych – a zatem nieskuteczne.

Po piąte – że w przypadku nałożenia kary grzywny przez pracownika pracownikowi przysługuje prawo do wniesienia, w terminie 7 dni, sprzeciwu do pracodawcy, a po jego odrzuceniu – do odwołania się do sądu w terminie 14 dni. W przypadku, gdyby pracodawca postanowił z tego powodu pracownika zwolnić – w tym przypadku przysługuje mu prawo jedynie do odwołania się do sądu pracy, ale w terminie 21 dni od dnia doręczenia oświadczenia pracodawcy.

Po szóste – weźże pracowniku szukaj normalnego pracodawcy, bo u kogoś kto tak szanuje Twoje prawa nic dobrego Cię raczej nie spotka.

Tyle na dziś, do usłyszenia!

Odsetki ustawowe i w transakcjach handlowych

Odsetki ustawowe i w transakcjach handlowych

Odsetki ustawowe i w transakcjach handlowych

W jednym z poprzednich tekstów wspominałem Ci o dwóch rodzajach odsetek – omówiliśmy pokrótce odsetki ustawowe oraz odsetki za opóźnienie w transakcjach handlowych. Czym one się różnią? Jak się je nalicza?

Co to są odsetki za opóźnienie?

Odsetki za opóźnienie to, w uproszczeniu, forma odszkodowania za opóźnienie w uregulowaniu zobowiązania pieniężnego (nie da się więc naliczać odsetek od zobowiązań niepieniężnych, np. opóźnienia w wykonaniu dzieła). Przysługują Ci one za każdym razem, gdy Twój kontrahent nie zapłaci Ci w terminie określonej kwoty pieniędzy.

Jak się oblicza wysokość odsetek za opóźnienie?

Choć w polskim systemie prawnym jest kilka rodzajów odsetek, to ich wysokość oblicza się, z grubsza, tak samo.

Datą kluczową dla obliczania wysokości należnych odsetek jest dzień wymagalności roszczenia. Jest to dzień następny po terminie płatności. Od tego dnia wierzyciel nabywa prawo do odsetek[1].

Co przy tym ważne – odsetki same z siebie się nie kapitalizują, co oznacza, że od zaległych odsetek nie naliczają się dalsze odsetki. Taka kapitalizacja jest możliwa jedynie w pozwie albo porozumieniu stron[2].

Stopa odsetek jest podawana zawsze w skali roku (np. odsetki ustawowe to dziś 10,75% w skali roku), ale należy je obliczać za każdy dzień opóźnienia przyjmując, że rok ma 365 dni[3].

Wzór na wysokość należny odsetek wygląda więc następująco:

Odsetki ustawowe

Zmiany stopy odsetek

Sytuacja nieco się komplikuje, gdy między datą wymagalności a terminem zapłaty stopa odsetek uległa zmianie.

W takim przypadku nie możesz niestety przyjąć stopy odsetek, która jest dla Ciebie najbardziej korzystna. Musisz policzyć odestki przysługujące Ci w każdym z poszczególnych okresów w którym obowiązywała określona stopa odsetek.

W takim przypadku najlepiej jest skorzystać z kalkulatora odsetek np. dostępnego TUTAJ.

Odsetki ustawowe

Odsetki ustawowe za opóźnienie w zapłacie faktury będą wynikały z art. 481 k.c. (uwaga – nie myl ich z odsetkami za odsetki od sumy pieniężnej – te wynikają z art. 359 k.c. i cechują się m.in. niższą stopą odsetek).

Odsetek ustawowych za opóźnienie wierzyciel może się domagać chociażby nie poniósł żadnej szkody i chociażby opóźnienie było następstwem okoliczności, za które dłużnik odpowiedzialności nie ponosi. Nie ma więc znaczenia powód, dla którego zapłata nie została uiszczona w terminie, ani też to, czy wierzyciel poniósł szkodę. Odsetki należne są zawsze w przypadku, gdy zapłata nie nastąpiła w terminie[4].

Stopa odsetek ustawowych obliczana jest według wzoru „stopa referencyjna Narodowego Banku Polskiego + 5,5 punktu procentowego” (dalej – p.p.).

Odsetki umowne

Strony mogą jednak w umowie ustalić własną stopę odsetek za opóźnienie. W takim przypadku, jeśli stopa ta jest wyższa od odsetek ustawowych – wierzycielowi przysługują odsetki umowne. Przyjmuje się jednak, że jeśli w umowie wprost wskazano na stopę niższą od odsetek ustawowych, to wierzyciel będzie uprawniony jedynie do domagania się odsetek w tej niższej wysokości[5].

Przepisy jednak, aby zapobiegać tzw. lichwie, wskazują również na maksymalną wysokość odsetek umownych za opóźnienie – mogą one wynosić maksymalnie dwukrotność odsetek ustawowych. Na dzień dzisiejszy jest to więc poziom 21,5% (10,75% x 2) w skali roku.

A co jeśli odsetki umowne są wyższe?

Wtedy wierzycielowi przysługują odsetki maksymalne.

Odsetki za opóźnienie w transakcjach handlowych

Odsetki za opóźnienie w transakcjach handlowych wynikają z treści ustawy o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych. O tym, kiedy tę ustawę stosować, przeczytasz TUTAJ.

Stopa tych odsetek jest wyższa niż odsetek ustawowych i wynosi „stopę referencyjną NBP + 10 pp (lub 8 pp w przypadku, gdy dłużnikiem jest podmiot publiczny będący podmiotem leczniczym).

Odsetki za opóźnienie w transakcjach handlowych będą Ci należne bez wezwania w przypadku, gdy spełnione zostały dwa warunki:

  1. Wierzyciel spełnił swoje świadczenie (!);

Oczywiście zasada ta będzie znajdowała zastosowanie do przypadków, gdy płatność następuje po wykonaniu świadczenia przez wierzyciela. Jeśli więc wierzyciel miał wykonać „coś” za co miał trzymać zapłatę, a tego czegoś nie zrobił, to odsetki nie będą mu przysługiwały.

Jeśli jednak umowa operuje starą zasadą „najpierw robota – potem zapłata”, to niewykonanie roboty powoduje, że odsetki za opóźnienie w transakcjach handlowych nie są naliczane.

  1. Wierzyciel nie otrzymał zapłaty w określonym terminie.

Ta zasada wydaje się być prosta, ale, niestety – tylko wydaje. Zagadnienie terminów zapłaty w transakcjach handlowych jest całkiem rozbudowane i związane z kilkoma nakazami i zakazami.

Dlatego terminy zapłaty omówię Ci w kolejnym tekście.

A tymczasem dziękuję za Twoją uwagę dzisiaj i… dobrego dnia!

[1] Art. 476 k.c.

[2] Art. 482 §1 k.c.

[3] Art. 114 k.c.

[4] Art. 481 §1 k.c.

[5] Tak: K. Osajda (red. serii), W. Borysiak (red. tomu), Kodeks cywilny. Komentarz. Wyd. 29, Warszawa 2021 art. 481, nt. 35

Wezwanie do zapłaty – jak je napisać?

Wezwanie do zapłaty – jak je napisać?

Kontynuujemy temat windykowania zaległych płatności. Dziś opowiem Ci o tym, jakie są podstawowe rodzaje windykacji oraz nauczę jak napisać przedsądowe wezwanie do zapłaty tak, by zachęcić dłużnika do jak najszybszej wpłaty.

Moja pierwsza poważna praca

Kiedy byłem jeszcze młody i piękny (zostało tylko „i”) pracowałem jako windykator terenowy w korporacji. Nie oceniaj proszę, był 2013 rok, a to była jedyna praca, którą udało mi się zdobyć.

Tak naprawdę było całkiem sympatycznie – służbowy tablet, telefon, samochód i jeżdżenie do zadłużonych ludzi. Lubiłem ich, niektórzy z nich odwzajemniali to uczucie. Rozmawialiśmy o ich problemach, kłopotach, wyzwaniach, a ja starałem się jakoś im w tych problemach ulżyć.

Niestety, mniej lubiło mnie szefostwo, bo moje wyniki wciąż nie wpisywały się w „plan sprzedażowy”. Ci dłużnicy, którzy chcieli – płacili chętnie i terminowo, ale ci, którzy nie płacili pozostawali niewzruszeni.

Teraz już wiem, że nie doceniłem tego, że są…

Dwa rodzaje windykacji

Pracę ostatecznie straciłem. Ówczesny szef powiedział mi wprost, że może lepiej sprawdziłbym się w innym zawodzie. Podobno byłem za miękki na twardą windykację.

No właśnie. Metody miękkie, które nieświadomie stosowałem, były skuteczne wobec części dłużników, ale wobec innych konieczne było zastosowanie metod twardych, na które nie było mnie stać w wieku 22 lat.

Moja lekcja

Są dwa rodzaje windykacji – twarda i miękka, a tajemnicą skutecznego egzekwowania długów jest dobór odpowiedniej metody do dłużnika.

Nie jest to kategoria prawna. Nie przeczytasz o niej w kodeksie cywilnym, ba, nie uczą nas tego na studiach ani na aplikacji. To „czyste” doświadczenie moje oraz setek innych windykatorów.

I jeśli to uprościć i sprowadzić do jednego zdania. Windykacja twarda polega na egzekwowaniu długów, a miękka – na skłanianiu dłużnika do polubownej zapłaty.

A skoro pierwszym krokiem do skutecznej windykacji jest wezwanie do zapłaty, to przyjrzyjmy się jak je sporządzić w każdym z tych modeli.

Wezwanie do zapłaty „na twardo”

Metody twarde będą właściwe względem takich dłużników, którzy od początku kwestionują zasadność roszczenia albo… nie mają nic do stracenia. Możesz je stosować także tam, gdzie możesz „spalić mosty” bo np. nie planujesz już dalszej współpracy. No i gdy metody miękkie zawiodły.

Co oczywiste, w takim wezwaniu nie ma sensu silić się na konwenanse. Żądasz zapłaty kwoty głównej, odsetek, rekompensaty za koszty odzyskiwania należności, wskazujesz kilkudniowy termin na zapłatę pod rygorem skierowania sprawy na drogę postępowania sądowego.

Jeśli wpłaty wciąż nie ma – piszesz pozew. Po wygranej w sądzie kierujesz sprawę do komornika.

Możesz też wpisać dłużnika do baz dłużników, oddać sprawę firmie windykacyjnej, która „dociska” dłużnika itp. Klasyka.

Wezwanie do zapłaty „na miękko”

Działania „miękkie” sprawdzą się przede wszystkim tam, gdzie kontrahent wie, że nie ma racji albo gdy łączą was relacje biznesowe, których ani Ty, ani Twój kontrahent nie chcecie stracić. Możesz je też wykorzystać tam, gdzie kontrahent z jakiegoś powodu nie chce spotkać się z Tobą w sądzie (bo się boi, nie ma czasu, nie ma racji…).

Możliwe, że będzie też skuteczne tam, gdzie Twój kontrahent nie zapłacił nie dlatego, że taka z niego podła kreatura, a np. dlatego, że również i jemu ktoś nie zapłacił, przez co wpadł w sidła zatorów płatniczych.

Wezwanie „miękkie” ma przede wszystkim pokazać Twoje zrozumienie sytuacji oraz dobrą wolę w celu rozwiązania problemu.

W „miękkim” wezwaniu do zapłaty możesz zastosować kilka zabiegów które mogą sprawić, że kontrahent stwierdzi, że nie warto wikłać się w spór. Tutaj oczywiście również powinieneś wskazać kwotę należności głównej oraz termin zapłaty, ale możesz też podsunąć…

Propozycje ugodowe

Z mojego doświadczenia wynika, że bardzo skuteczna jest metoda, w której w wezwaniu proponujesz, że np. w przypadku zapłaty w terminie 7 dni od dnia doręczenia wezwania do zapłaty nie będziesz dochodził odsetek oraz rekompensaty za koszty odzyskiwania długów. Ewentualnie będziesz dochodził tylko ich połowy.

Świetną skutecznością charakteryzują się wezwania, w których jednocześnie wskażesz kwotę, która będzie Ci przysługiwała po upływie określonego terminu – czyli kwotę odsetek i wartość przysługującej Ci rekompensaty (40 , 70 lub 100 EUR – patrz TUTAJ).

To klasyczny, marketingowy język korzyści.

Kontrahent, który ma do wyboru zapłacić niezwłocznie tylko kwotę należności głównej i niczym się nie martwić albo wikłać się w spór i ryzykować jest często bardziej skłonny do niezwłocznej zapłaty.

A jednocześnie ma poczucie, że nie chciałeś go „oskubać” tylko wyegzekwować należność i współpracować dalej.

Skutki polubownej windykacji

Jeśli wszystko się powiedzie, to kontrahent niezwłocznie ureguluje należność albo zwróci się do Ciebie z prośbą o rozmowę i zawarcie np. ugody ratalnej albo o odroczenie terminu płatności. To zaś sprawia, że z jednej strony masz szansę dużo szybciej odzyskać swoje pieniądze, a z drugiej – masz całkowite panowanie nad sytuacją.

A jeśli się nie uda?

Cóż, wtedy przychodzi idealny czas na windykację twardą.

A Ty? Masz w swojej firmie jakieś procedury windykacyjne? Jakie? Opowiedz mi o nich!

A jeśli potrzebujesz pomocy w windykowaniu zaległości, zajrzyj do mojej OFERTY albo SKONTAKTUJ SIĘ ZE MNĄ.