A niechaj narodowie wżdy postronni znają,

iż Polacy nie gęsi, swoje prawa mają.

A gdyby jeszcze swoje prawa znali,

To by się już całkiem po sądach ciągali.

Jako urodzony romantyk, pieśniarz, poeta i pragmatyk nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby ominąć taką szansę na błyśnięcie talentem.

Zapewne znasz „podstawową wersję” tego cytatu. Z pewnością też słyszałeś kiedyś o twórcy tej złotej myśli. Mikołaj Rej, bo oczywiście o nim mowa, to renesansowy poeta i prozaik, który przeszedł do historii polszczyzny powyżej sparafrazowanym cytatem. Osobiście uzupełniłbym jego biografię o kilka innych dzieł, bo jak na swoje czasy miał sporo polotu i finezji w tworzeniu rozmaitych aforyzmów. Ot chociażby…

Chłop robotny i żona pyskata

To wezmą choćby i pół świata.

Aczkolwiek trzeba sobie jasno powiedzieć, że do swojego konkurenta, Jana Kochanowskiego (naczelnego aforysty i zbereźnika czasów renesansu) trochę mu brakuje. Nawiasem mówiąc o Kochanowskim też kiedyś Ci opowiem. Bo i on parał się prawniczym rzemiosłem.

Ah, jak wielce musiał być wykształcony Mikołaj Rej, i jak porządnym musiał być obywatelem…

I cóż powiedzieć, nasz bohater z pewnością był człowiekiem nieprzeciętnym. Jego poezja nie oddaje całości jego barwnej osobowości, a historie, na które ostatnio trafiłem sprawiły, że zupełnie inaczej na niego patrzę. Bo Mikołaj Rej, obok kariery poety i prozaika, miał bardzo bujne życie związane z prawem, w tym – z świadczeniem usług prawnych.

Mikołaj Rej – krótki rys historyczny

Mikołaj Rej urodził się w 1505 roku, więc już ładnych parę lat temu. Niesie się za nim fama niewykształconego, rubasznego prostaka. Katolicy, zachwyceni tym, że Rej profanował kościoły i wywłaszczał katolickich księży nazywali go pieszczotliwie szatanem rozwiązanym, smokiem z Okszy, Sardanapalem Nagłowskim. Miał nawet zaszczyt trafić (a w zasadzie jego dzieła) do rodzimego Indeksu Ksiąg Zakazanych.

Czy faktycznie był aż tak złym człowiekiem?

No cóż, źródła donoszą, że wprawdzie był porywczym warchołem (o czym za chwilę), ale z drugiej strony był człowiekiem dowcipnym, gościnnym i towarzyskim. Powszechnie go ceniono, w tym jako pisarza. Zresztą, zdaniem językoznawców sam język jego dzieł, zarówno prozatorskich jak i poetyckich ponoć dobrze oddaje ducha języka używanego przez szlachtę XVI wieku.

Religia pragmatyczna

Istotną rolę w jego życiu pełniła religia. Ale nie dlatego że był jakoś przesadnie świętoszkowaty.

Jego żona, Zofia, była córką bratanicy Andrzeja Róży z Borszowic – arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski. To po nim matka Zofii, a później sama Zofia wraz z mężem, odziedziczyła połowę takich metropolii jak Siennica, Kobyle, Rubie i Wola Kobylska.

Sam Mikołaj przyjaźnił się z Hetmanem Wielkim Koronnym Mikołajem Sieniawskim, który był żarliwym wyznawcą kalwinizmu. Wyznania z czasów reformacji odcisnęły silne piętno na naszym bohaterze. On sam zapisał się w historii tychże wyznań broniąc kalwinistów i luteran w postępowaniach sądowych, w tym przed sądami kościelnymi. Sam zresztą wyznawał najpierw luteranizm, a potem kalwinizm, choć nigdy nie był w swej wierze nadgorliwy.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli kariery prawniczej Mikołaja Reja.

Prawnik w praktyce

Bo zarysowany obraz niewykształconego, rubasznego prostaka dosyć słabo łączy się z wykonywaniem zawodu prawnika. Zwłaszcza w postępowaniach karnych, obyczajowych czy przed sądami kościelnymi. Taki człowiek musi przecież posiadać stosowne wykształcenie, które umożliwia mu świadczenie tego typu usług. O tym, że już wtedy istniały ważne ośrodki kształcące prawników wiemy choćby z historii życia Mikołaja Kopernika, który był świetnie wykształconym prawnikiem (w tym – doktorem prawa kanonicznego).

A więc gdzie nasz pan mecenas Rej kończył prawo? Nigdzie!

To skąd wiedział co robić w procesie i skąd znał prawo? Z praktyki! A gdzie ją nabył… no cóż. Nie wiem jak Ci to… no był pieniaczem sądowym.

Kim?

Pieniacz sądowy

Pieniacz sądowy to taka osoba, która wszczyna mnóstwo postępowań sądowych i procesuje się z byle kim o byle co. Z jednej strony można to uznać za dziwne hobby a z drugiej znak porywczego i konfliktowego charakteru. Dość dobrze łączy się to z powszechnie znanym wizerunkiem Mikołaja Reja.

Zresztą, dziś także istnieją ludzie, których można tym mianem nazwać. Większość zawodowych prawników zna nawet nazwiska takowych „pacjentów”. I jeśli do adwokata lub radcy przychodzi list z taką sprawą z urzędu, to, jak mawiał jeszcze inny klasyk – wiedz, że coś się dzieje. Dziś większość pieniaczy sądowych to osoby osadzone w zakładach karnych, które skarżą się na wszystko, wszędzie i zawsze.

Zjawisko to jest na tyle istotne, że było przedmiotem rozmaitych badań. Nie wnikając w opracowania psychologiczne podkreślę tutaj zasługi prokuratora Jana Wojtasika, który wskazał, że pieniactwo sądowe może mieć trzy formy – psychozę, paranoję (które to formy zakładają istnienie jakiegoś rodzaju problemów psychicznych pieniacza) albo… warcholstwo. Które raczej odnosi się do pewnych cech jego charakteru.

I to ostatnie świetnie opisuje życiorys Mikołaja Reja.

Mikołaj Rej jako warchoł

Otóż wyobraź sobie, że nazwisko Reja pojawia się w zachowanych do dnia dzisiejszego księgach i aktach sądowych około pięćset razy. Sporo? Może i sporo, ale przecież prowadził procesy pomagając innym ludziom, więc może to nie tak dużo?

No więc raczej dużo, bo te 500 spraw to są tylko postępowania w których Rej był… stroną.

I w tych sądowych bataliach stawał w zasadzie po każdej z możliwych stron. Jako powód, pozwany, spadkobierca (jako spadkodawca w sumie też, ale to w życiu po życiu), wierzyciel, dłużnik, oskarżony o znieważanie ziemian, oskarżony o znieważanie duchownych katolickich a nawet… przestępca podatkowy, ścigany za niepłacenie dziesięcin.

Wydaje się więc całkiem prawdopodobne że napisał więcej pism procesowych niż wierszy.

Z kim więc Mikołaj Rej się procesował? W zasadzie z każdym, kto się nawinął. No ale jak przystało na prawdziwego Polaka najbardziej lubił kłócić się z…. nie, nie z Niemcami, ale blisko – z sąsiadami.

Spór z somsiadem

Raz na przykład nasz bohater został oskarżony o to, że zakosił zboże z wspólnego młyna jednemu ze swoich sąsiadów. Ponadto, miał zaorać jego miedzę a nawet złośliwie wyłapać ryby z jego stawu. Typowo sąsiedzki spór. Pech Reja polegał na tym, że ów sąsiad, któremu te wszystkie niegodziwości rzekomo uczynił był… sędzią. I to sędzią o specyficznym podejściu do sprawiedliwości.

Ów sędzia wielkiej wiary w świeckie sądownictwo nie pokładał, a na Sąd Boży (czyt. pojedynek) odwagi mu nie starczyło. Dlatego, gdy rozpoznał już sprawę i racjonalnie zważył wszystkie argumenty za i przeciw, wymierzył naszemu bohaterowi sprawiedliwość.

Kradnąc mu zboże, mąkę i zasiewając miedzę.

To oczywiście tylko jedna ze spraw, która zachowała się w dokumentach, bo postępowań sąsiedzkich Rej prowadził znacznie więcej. Łącznie co najmniej 70. W zachowanych do dziś dokumentach znajdziemy takie sprawy jak choćby o rozgraniczenie dóbr, o własność pszczół, wycinanie lasów czy zabór zboża jeszcze prosto z pola.

Inne spory i funkcje

Mikołaj Rej nie odpuszczał więc nikomu i nie znajdę na to lepszego przykładu niż ten, że pozwał… własnego teścia. No ale z pewnością musiała to być poważna sprawa, przecież nie pozywa się bliskich o drobiazgi prawda? No może i prawda, ale nie dla Mikołaja.

Bo ten pozwał swojego teścia o zwrot pożyczonej książki której był właścicielem. Nie zachowała się niestety informacja o tym, jakie to było dzieło. Oczywiście, książki ówcześnie były dużo bardziej wartościowe niż dziś, ale i tak wydaje się to być raczej wątłym powodem do pozwania teścia. Ale, kto bogatemu zabroni, prawda?

Rej więc bardzo ciężko pracował na swoją renomę oblatanego w prawie praktyka. Być może dlatego mając już 25 lat był na tyle doświadczony w boju, że pełnił funkcję komornika przy podkomorzym krakowskim Janie Tęczyńskim.

Oczywiście to nie znaczy, że zajmował się przyklejaniem nalepek na przedmioty zajęte w toku egzekucji sądowej. Komornik, a w zasadzie camerarius, w XVI wieku był urzędnikiem, który pełnił funkcję zastępcy sędziego. Jednocześnie to jego posyłało się na roboty w terenie – rozpytania, rozeznania, doręczenie osobiście listów, nadzory nad aresztowaniami i innymi tego typu czynnościami. Jak wskazywały Metryki Koronne z tamtych czasów – camerarius to taki człowiek do specjalnych zleceń.

Prawnik do wzięcia

Także jak widać, Mikołaj Rej to nieobrobiony diament palestry, i tego talentu nie można było zmarnować. Potrafił sam o siebie zadbać, to fakt, ale jednocześnie musiał wykazać się nie lada kompetencjami, żeby otrzymać stanowisko urzędnicze w tak młodym wieku. A przecież to tylko wycinek jego kariery – był również posłem, zarządzał majątkami królewskimi w ziemi chełmińskiej jako ich posesor a potem otrzymał nawet królewszczyznę w ziemi krakowskiej.

Nie dziwota więc, że na wolnym rynku usług prawnych tamtych czasów był kąskiem nie lada, z czego nie omieszkali korzystać ludzie z jego kręgu towarzyskiego. Nasz bohater został zapamiętany zwłaszcza jako reprezentant w sprawach kościelnych przeciwko wyznawcom kalwinizmu i luteranizmu.

Obrony księży protestanckich

Sprawa Walentego z Chrzczonowa

W 1549 roku Mikołaj Rej bronił księdza, który miał w sobie tyle odwagi, żeby przejść na protestantyzm i założyć rodzinę. Wziął więc żonę, spłodził dzieci a majątek dotychczas kościelny – zawłaszczył i postanowił uprawiać jako swoją. Oczywiście nadal pełniąc posługę kapłańską w chrześcijańskiej świątyni. Mowa o sprawie Walentego z Chrzczonowa, jednego z twórców kościoła arian w Polsce.

Jej zakończenia niestety nie udało mi się poznać. Wiemy, że Walenty z Chrzczonowa pożył jeszcze parę ładnych lat i zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiego protestantyzmu. Wynik procesu nie mógł więc być dla niego szczególnie dolegliwy.

Sprawa Mikołaja Oleśnickiego

Podobnie wyglądała sprawa Mikołaja Oleśnickiego z Pińczowa, który zrobił coś jeszcze grubszego. Otóż w 1550 roku, po tym jak żona przekonała go, że protestantyzm jest spoko, wygnał ze swoich dóbr w Pińczowie zakonników z Zakonu Paulinów, skonfiskował im majątek, a przyklasztorny kościół przeznaczył na świątynię protestancką.

Takie działanie oczywiście nie mogło się skończyć bez procesu, a proces to chleb powszedni dla Mikołaja Reja. Panowie bardzo dobrze się znali (na tyle dobrze, że skończyli nawet na razem na obrazie Jana Matejki – Rzeczpospolita Babińska), więc nasz doświadczony bohater był naturalnym wyborem na obrońcę.

Jaki był wynik tego procesu nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Paulini nie wrócili na swoje włości a Mikołaj Oleśnicki nie tylko nie został skazany na śmierć, ale nawet nie skończył w więzieniu. Tuż po procesie otworzył w Pińczowie szkołę ewangelicką, której prowadzenie powierzył Grzegorzowi Orszakowi, a sam Pińczów stał się ośrodkiem mazowieckiej reformacji..

Świętokradztwo z 1564 roku

Wiemy natomiast jak skończyła się inna sprawa, która głośna była jak Rzeczpospolita długa i szeroka. Rej występował w niej jako obrońca Erazma Otwinowskiego, oczywiście kalwinisty i, jak się okazało, performera.

Był rok 1564, konkretniej – Boże Ciało roku pańskiego 1564. Lublin. Erazm Otwinowski postanowił w dość niecodzienny sposób wziąć udział w bożocielnej procesji. Zamiast niczym potulna owieczka iść za swoim pasterzem podbiegł do księdza prowadzącego procesję i oświadczył mu co następuje:

Bóg jest w niebie,

a więc nie ma go w chlebie,

nie ma w twojej puszce.

Nie dość, że performer, to jeszcze raper – poeta.

No ale to nie koniec. Otwinowski wyrwał księdzu monstrancję, rzucił na ziemię i podeptał w ramach protestu przeciwko… ubliżaniu Bogu. Osobliwe, acz typowe dla czasów reformacji.

Oskarżono go więc o bluźnierstwo i świętokradztwo, a więc jedne z najcięższych przestępstw tamtych czasów, a obronę podjął zarówno sam Otwinowski jak i właśnie Mikołaj Rej. Czy skutecznie?

Jak diabli! (hehe)

Otóż Otwinowski wyrokiem sądu został skazany na zapłatę odszkodowania. Ksiądz miał otrzymać grosz za zniszczoną hostię i szeląg, aby sobie kupił nowe szkło i tę odrobinę mąki. Czy to dużo? Cóż, trudno jest oszacować dokładnie, ile wart był grosz oraz szeląg z XVI wieku, ale według jednego z źródeł do jakich udało mi się dotrzeć – jeden grosz miał wartość dziesięciu bochenków chleba, a jeden szeląg – dwóch.

Czy to dobry wynik? Bardzo dobry! To naprawdę niska kara jak na zarzut świętokradztwa w XVI wieku i wielka była w tym zasługa Mikołaja Reja.

Podsumowanie

Życie potrafi być przewrotne.

Przez czas naszej szkolnej edukacji poznajemy bardzo wiele nazwisk – pisarzy, poetów, prozaików, dramaturgów. Wszyscy oni wydają nam się jałowi, smętni, nudni i bezbarwni. Tymczasem historia Mikołaja Reja, na którą trafiłem zupełnym przypadkiem gdzieś w odmętach Internetu zachęca nas do tego, żebyśmy nie tylko patrzyli na tych wszystkich ludzi przez pryzmat ich największych dzieł. Warto poszukać również treści mniej znanych, a także… poszperać w ich historii.

Bo może się okazać, że ta grupa bezbarwnych nudziarzy, mających siedzieć z nosem w tomiskach i zachwycać się swoimi własnymi, doskonałymi dziełami, nie była wcale tak szara jak to się przedstawia na lekcjach polskiego czy historii.

A ponieważ Mikołaj Rej parał się prawem, to ta piekielnie ciekawa historia nie mogła przejść bez echa na moim blogu 🙂 

Pozdrawiam Cię serdecznie!