Mikołaj Rej – pieniacz, prawnik, poeta

Mikołaj Rej – pieniacz, prawnik, poeta

A niechaj narodowie wżdy postronni znają,

iż Polacy nie gęsi, swoje prawa mają.

A gdyby jeszcze swoje prawa znali,

To by się już całkiem po sądach ciągali.

Jako urodzony romantyk, pieśniarz, poeta i pragmatyk nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby ominąć taką szansę na błyśnięcie talentem.

Zapewne znasz „podstawową wersję” tego cytatu. Z pewnością też słyszałeś kiedyś o twórcy tej złotej myśli. Mikołaj Rej, bo oczywiście o nim mowa, to renesansowy poeta i prozaik, który przeszedł do historii polszczyzny powyżej sparafrazowanym cytatem. Osobiście uzupełniłbym jego biografię o kilka innych dzieł, bo jak na swoje czasy miał sporo polotu i finezji w tworzeniu rozmaitych aforyzmów. Ot chociażby…

Chłop robotny i żona pyskata

To wezmą choćby i pół świata.

Aczkolwiek trzeba sobie jasno powiedzieć, że do swojego konkurenta, Jana Kochanowskiego (naczelnego aforysty i zbereźnika czasów renesansu) trochę mu brakuje. Nawiasem mówiąc o Kochanowskim też kiedyś Ci opowiem. Bo i on parał się prawniczym rzemiosłem.

Ah, jak wielce musiał być wykształcony Mikołaj Rej, i jak porządnym musiał być obywatelem…

I cóż powiedzieć, nasz bohater z pewnością był człowiekiem nieprzeciętnym. Jego poezja nie oddaje całości jego barwnej osobowości, a historie, na które ostatnio trafiłem sprawiły, że zupełnie inaczej na niego patrzę. Bo Mikołaj Rej, obok kariery poety i prozaika, miał bardzo bujne życie związane z prawem, w tym – z świadczeniem usług prawnych.

Mikołaj Rej – krótki rys historyczny

Mikołaj Rej urodził się w 1505 roku, więc już ładnych parę lat temu. Niesie się za nim fama niewykształconego, rubasznego prostaka. Katolicy, zachwyceni tym, że Rej profanował kościoły i wywłaszczał katolickich księży nazywali go pieszczotliwie szatanem rozwiązanym, smokiem z Okszy, Sardanapalem Nagłowskim. Miał nawet zaszczyt trafić (a w zasadzie jego dzieła) do rodzimego Indeksu Ksiąg Zakazanych.

Czy faktycznie był aż tak złym człowiekiem?

No cóż, źródła donoszą, że wprawdzie był porywczym warchołem (o czym za chwilę), ale z drugiej strony był człowiekiem dowcipnym, gościnnym i towarzyskim. Powszechnie go ceniono, w tym jako pisarza. Zresztą, zdaniem językoznawców sam język jego dzieł, zarówno prozatorskich jak i poetyckich ponoć dobrze oddaje ducha języka używanego przez szlachtę XVI wieku.

Religia pragmatyczna

Istotną rolę w jego życiu pełniła religia. Ale nie dlatego że był jakoś przesadnie świętoszkowaty.

Jego żona, Zofia, była córką bratanicy Andrzeja Róży z Borszowic – arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski. To po nim matka Zofii, a później sama Zofia wraz z mężem, odziedziczyła połowę takich metropolii jak Siennica, Kobyle, Rubie i Wola Kobylska.

Sam Mikołaj przyjaźnił się z Hetmanem Wielkim Koronnym Mikołajem Sieniawskim, który był żarliwym wyznawcą kalwinizmu. Wyznania z czasów reformacji odcisnęły silne piętno na naszym bohaterze. On sam zapisał się w historii tychże wyznań broniąc kalwinistów i luteran w postępowaniach sądowych, w tym przed sądami kościelnymi. Sam zresztą wyznawał najpierw luteranizm, a potem kalwinizm, choć nigdy nie był w swej wierze nadgorliwy.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli kariery prawniczej Mikołaja Reja.

Prawnik w praktyce

Bo zarysowany obraz niewykształconego, rubasznego prostaka dosyć słabo łączy się z wykonywaniem zawodu prawnika. Zwłaszcza w postępowaniach karnych, obyczajowych czy przed sądami kościelnymi. Taki człowiek musi przecież posiadać stosowne wykształcenie, które umożliwia mu świadczenie tego typu usług. O tym, że już wtedy istniały ważne ośrodki kształcące prawników wiemy choćby z historii życia Mikołaja Kopernika, który był świetnie wykształconym prawnikiem (w tym – doktorem prawa kanonicznego).

A więc gdzie nasz pan mecenas Rej kończył prawo? Nigdzie!

To skąd wiedział co robić w procesie i skąd znał prawo? Z praktyki! A gdzie ją nabył… no cóż. Nie wiem jak Ci to… no był pieniaczem sądowym.

Kim?

Pieniacz sądowy

Pieniacz sądowy to taka osoba, która wszczyna mnóstwo postępowań sądowych i procesuje się z byle kim o byle co. Z jednej strony można to uznać za dziwne hobby a z drugiej znak porywczego i konfliktowego charakteru. Dość dobrze łączy się to z powszechnie znanym wizerunkiem Mikołaja Reja.

Zresztą, dziś także istnieją ludzie, których można tym mianem nazwać. Większość zawodowych prawników zna nawet nazwiska takowych „pacjentów”. I jeśli do adwokata lub radcy przychodzi list z taką sprawą z urzędu, to, jak mawiał jeszcze inny klasyk – wiedz, że coś się dzieje. Dziś większość pieniaczy sądowych to osoby osadzone w zakładach karnych, które skarżą się na wszystko, wszędzie i zawsze.

Zjawisko to jest na tyle istotne, że było przedmiotem rozmaitych badań. Nie wnikając w opracowania psychologiczne podkreślę tutaj zasługi prokuratora Jana Wojtasika, który wskazał, że pieniactwo sądowe może mieć trzy formy – psychozę, paranoję (które to formy zakładają istnienie jakiegoś rodzaju problemów psychicznych pieniacza) albo… warcholstwo. Które raczej odnosi się do pewnych cech jego charakteru.

I to ostatnie świetnie opisuje życiorys Mikołaja Reja.

Mikołaj Rej jako warchoł

Otóż wyobraź sobie, że nazwisko Reja pojawia się w zachowanych do dnia dzisiejszego księgach i aktach sądowych około pięćset razy. Sporo? Może i sporo, ale przecież prowadził procesy pomagając innym ludziom, więc może to nie tak dużo?

No więc raczej dużo, bo te 500 spraw to są tylko postępowania w których Rej był… stroną.

I w tych sądowych bataliach stawał w zasadzie po każdej z możliwych stron. Jako powód, pozwany, spadkobierca (jako spadkodawca w sumie też, ale to w życiu po życiu), wierzyciel, dłużnik, oskarżony o znieważanie ziemian, oskarżony o znieważanie duchownych katolickich a nawet… przestępca podatkowy, ścigany za niepłacenie dziesięcin.

Wydaje się więc całkiem prawdopodobne że napisał więcej pism procesowych niż wierszy.

Z kim więc Mikołaj Rej się procesował? W zasadzie z każdym, kto się nawinął. No ale jak przystało na prawdziwego Polaka najbardziej lubił kłócić się z…. nie, nie z Niemcami, ale blisko – z sąsiadami.

Spór z somsiadem

Raz na przykład nasz bohater został oskarżony o to, że zakosił zboże z wspólnego młyna jednemu ze swoich sąsiadów. Ponadto, miał zaorać jego miedzę a nawet złośliwie wyłapać ryby z jego stawu. Typowo sąsiedzki spór. Pech Reja polegał na tym, że ów sąsiad, któremu te wszystkie niegodziwości rzekomo uczynił był… sędzią. I to sędzią o specyficznym podejściu do sprawiedliwości.

Ów sędzia wielkiej wiary w świeckie sądownictwo nie pokładał, a na Sąd Boży (czyt. pojedynek) odwagi mu nie starczyło. Dlatego, gdy rozpoznał już sprawę i racjonalnie zważył wszystkie argumenty za i przeciw, wymierzył naszemu bohaterowi sprawiedliwość.

Kradnąc mu zboże, mąkę i zasiewając miedzę.

To oczywiście tylko jedna ze spraw, która zachowała się w dokumentach, bo postępowań sąsiedzkich Rej prowadził znacznie więcej. Łącznie co najmniej 70. W zachowanych do dziś dokumentach znajdziemy takie sprawy jak choćby o rozgraniczenie dóbr, o własność pszczół, wycinanie lasów czy zabór zboża jeszcze prosto z pola.

Inne spory i funkcje

Mikołaj Rej nie odpuszczał więc nikomu i nie znajdę na to lepszego przykładu niż ten, że pozwał… własnego teścia. No ale z pewnością musiała to być poważna sprawa, przecież nie pozywa się bliskich o drobiazgi prawda? No może i prawda, ale nie dla Mikołaja.

Bo ten pozwał swojego teścia o zwrot pożyczonej książki której był właścicielem. Nie zachowała się niestety informacja o tym, jakie to było dzieło. Oczywiście, książki ówcześnie były dużo bardziej wartościowe niż dziś, ale i tak wydaje się to być raczej wątłym powodem do pozwania teścia. Ale, kto bogatemu zabroni, prawda?

Rej więc bardzo ciężko pracował na swoją renomę oblatanego w prawie praktyka. Być może dlatego mając już 25 lat był na tyle doświadczony w boju, że pełnił funkcję komornika przy podkomorzym krakowskim Janie Tęczyńskim.

Oczywiście to nie znaczy, że zajmował się przyklejaniem nalepek na przedmioty zajęte w toku egzekucji sądowej. Komornik, a w zasadzie camerarius, w XVI wieku był urzędnikiem, który pełnił funkcję zastępcy sędziego. Jednocześnie to jego posyłało się na roboty w terenie – rozpytania, rozeznania, doręczenie osobiście listów, nadzory nad aresztowaniami i innymi tego typu czynnościami. Jak wskazywały Metryki Koronne z tamtych czasów – camerarius to taki człowiek do specjalnych zleceń.

Prawnik do wzięcia

Także jak widać, Mikołaj Rej to nieobrobiony diament palestry, i tego talentu nie można było zmarnować. Potrafił sam o siebie zadbać, to fakt, ale jednocześnie musiał wykazać się nie lada kompetencjami, żeby otrzymać stanowisko urzędnicze w tak młodym wieku. A przecież to tylko wycinek jego kariery – był również posłem, zarządzał majątkami królewskimi w ziemi chełmińskiej jako ich posesor a potem otrzymał nawet królewszczyznę w ziemi krakowskiej.

Nie dziwota więc, że na wolnym rynku usług prawnych tamtych czasów był kąskiem nie lada, z czego nie omieszkali korzystać ludzie z jego kręgu towarzyskiego. Nasz bohater został zapamiętany zwłaszcza jako reprezentant w sprawach kościelnych przeciwko wyznawcom kalwinizmu i luteranizmu.

Obrony księży protestanckich

Sprawa Walentego z Chrzczonowa

W 1549 roku Mikołaj Rej bronił księdza, który miał w sobie tyle odwagi, żeby przejść na protestantyzm i założyć rodzinę. Wziął więc żonę, spłodził dzieci a majątek dotychczas kościelny – zawłaszczył i postanowił uprawiać jako swoją. Oczywiście nadal pełniąc posługę kapłańską w chrześcijańskiej świątyni. Mowa o sprawie Walentego z Chrzczonowa, jednego z twórców kościoła arian w Polsce.

Jej zakończenia niestety nie udało mi się poznać. Wiemy, że Walenty z Chrzczonowa pożył jeszcze parę ładnych lat i zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiego protestantyzmu. Wynik procesu nie mógł więc być dla niego szczególnie dolegliwy.

Sprawa Mikołaja Oleśnickiego

Podobnie wyglądała sprawa Mikołaja Oleśnickiego z Pińczowa, który zrobił coś jeszcze grubszego. Otóż w 1550 roku, po tym jak żona przekonała go, że protestantyzm jest spoko, wygnał ze swoich dóbr w Pińczowie zakonników z Zakonu Paulinów, skonfiskował im majątek, a przyklasztorny kościół przeznaczył na świątynię protestancką.

Takie działanie oczywiście nie mogło się skończyć bez procesu, a proces to chleb powszedni dla Mikołaja Reja. Panowie bardzo dobrze się znali (na tyle dobrze, że skończyli nawet na razem na obrazie Jana Matejki – Rzeczpospolita Babińska), więc nasz doświadczony bohater był naturalnym wyborem na obrońcę.

Jaki był wynik tego procesu nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Paulini nie wrócili na swoje włości a Mikołaj Oleśnicki nie tylko nie został skazany na śmierć, ale nawet nie skończył w więzieniu. Tuż po procesie otworzył w Pińczowie szkołę ewangelicką, której prowadzenie powierzył Grzegorzowi Orszakowi, a sam Pińczów stał się ośrodkiem mazowieckiej reformacji..

Świętokradztwo z 1564 roku

Wiemy natomiast jak skończyła się inna sprawa, która głośna była jak Rzeczpospolita długa i szeroka. Rej występował w niej jako obrońca Erazma Otwinowskiego, oczywiście kalwinisty i, jak się okazało, performera.

Był rok 1564, konkretniej – Boże Ciało roku pańskiego 1564. Lublin. Erazm Otwinowski postanowił w dość niecodzienny sposób wziąć udział w bożocielnej procesji. Zamiast niczym potulna owieczka iść za swoim pasterzem podbiegł do księdza prowadzącego procesję i oświadczył mu co następuje:

Bóg jest w niebie,

a więc nie ma go w chlebie,

nie ma w twojej puszce.

Nie dość, że performer, to jeszcze raper – poeta.

No ale to nie koniec. Otwinowski wyrwał księdzu monstrancję, rzucił na ziemię i podeptał w ramach protestu przeciwko… ubliżaniu Bogu. Osobliwe, acz typowe dla czasów reformacji.

Oskarżono go więc o bluźnierstwo i świętokradztwo, a więc jedne z najcięższych przestępstw tamtych czasów, a obronę podjął zarówno sam Otwinowski jak i właśnie Mikołaj Rej. Czy skutecznie?

Jak diabli! (hehe)

Otóż Otwinowski wyrokiem sądu został skazany na zapłatę odszkodowania. Ksiądz miał otrzymać grosz za zniszczoną hostię i szeląg, aby sobie kupił nowe szkło i tę odrobinę mąki. Czy to dużo? Cóż, trudno jest oszacować dokładnie, ile wart był grosz oraz szeląg z XVI wieku, ale według jednego z źródeł do jakich udało mi się dotrzeć – jeden grosz miał wartość dziesięciu bochenków chleba, a jeden szeląg – dwóch.

Czy to dobry wynik? Bardzo dobry! To naprawdę niska kara jak na zarzut świętokradztwa w XVI wieku i wielka była w tym zasługa Mikołaja Reja.

Podsumowanie

Życie potrafi być przewrotne.

Przez czas naszej szkolnej edukacji poznajemy bardzo wiele nazwisk – pisarzy, poetów, prozaików, dramaturgów. Wszyscy oni wydają nam się jałowi, smętni, nudni i bezbarwni. Tymczasem historia Mikołaja Reja, na którą trafiłem zupełnym przypadkiem gdzieś w odmętach Internetu zachęca nas do tego, żebyśmy nie tylko patrzyli na tych wszystkich ludzi przez pryzmat ich największych dzieł. Warto poszukać również treści mniej znanych, a także… poszperać w ich historii.

Bo może się okazać, że ta grupa bezbarwnych nudziarzy, mających siedzieć z nosem w tomiskach i zachwycać się swoimi własnymi, doskonałymi dziełami, nie była wcale tak szara jak to się przedstawia na lekcjach polskiego czy historii.

A ponieważ Mikołaj Rej parał się prawem, to ta piekielnie ciekawa historia nie mogła przejść bez echa na moim blogu 🙂 

Pozdrawiam Cię serdecznie!

Jordan Kinyera – prawnik, który walczył (nie tylko) o swoje.

Jordan Kinyera – prawnik, który walczył (nie tylko) o swoje.

Prawnicy to często ludzie niezwykli. Silni, nieustępliwi i niezłomni. Walczymy o sprawy klientów jak o swoje własne. Czasami jednak prawnik musi zawalczyć o sprawy swoje i swojej rodziny – i taką niezwykłą opowieść przedstawię Ci dzisiaj.
 
Bo dziś przedstawiam Ci Jordana Kinyera, którego historia jest wspaniałą opowieścią o miłości, motywacji i…. prawie. I będzie happyend!
 
Kinyera pochodzi z Ugandy i, a jakże, jest prawnikiem. Nieszczególnie to ciekawe, bo prawdopodobnie w Ugandzie jest ich jeszcze kilku, ale to, co mnie w jego postaci urzekło to przyczyna, która go w ramiona prawa pchnęła.
 
Jego historia zaczyna się, gdy był jeszcze dzieckiem (bo w sumie historia każdego człowieka się wtedy zaczyna). W 1996 roku, kiedy miał 6 lat, jego ojciec utracił tzw. ojcowiznę. Historia tego skrawka ziemi jest naprawdę przykra, melodramatyczna wręcz, bo ojciec Jordana (już przeszło 50 letni) wychował się tam, pochował na tym skrawku ziemi swoich rodziców i brata, a następnie… został pozwany przez sąsiadów i na ich rzecz tę ziemię utracił.
 
Nie jest to niczym niezwykłym w Ugandzie. To dosyć specyficzny kraj, a według różnych statystyk prowadzonych przez dzisiejsze, ugandyjskie kancelarie spory o własność gruntów prowadzi do 33 do 50% wszystkich właścicieli ziemskich w tym kraju. Są to sprawy tak powszechne, że ichni Sąd Najwyższy posiada całą izbę poświęconą wyłącznie sporom ziemskim.
 
Dla porównania – w Polsce Sąd Najwyższy posiada tylko izby „gałęziowe” – karną, cywilną, pracy i ubezpieczeń społecznych oraz dwie dodatkowe – kontroli nadzwyczajnej i spraw publicznych oraz odpowiedzialności zawodowej. Jest to więc trochę tak, jakby stwierdzono, że nasz Sąd Najwyższy wymaga stworzenia dodatkowej izby wyłącznie np. dla spraw frankowiczów czy wynajmu mieszkań. 
 
To oznacza, że skala spraw dotyczących własności nieruchomości jest w Ugandzie ogromna. Historia ta więc, jakkolwiek smutna, nie jest jakaś szokująca w tamtym rejonie świata.
 
Ciekawe jest natomiast to, jak historia ta wpłynęła na młodego Jordana Kinyera. Chłopak obserwował ten rodzinny dramat, który wpłynął na całe jego dzieciństwo, relacje z ojcem oraz… na jego życie zawodowe. Jak wspomina nasz bohater, w sytuacji, przed jaką postawiono jego ojca, było coś odczłowieczającego. Wiedział, że został potraktowany niesprawiedliwie, utracił wszelkie dochody. Był zdesperowany, ale bezsilny. I to ta bezsilność pchnęła Kinyerę w objęcia prawa. Postanowił zostać prawnikiem.
 
I został! Przez 18 lat uczył się, zakuwał, pracował po to, by zostać kimś w rodzaju polskiego adwokata. Wyspecjalizował się, a jakże, w sporach ziemskich – wiemy już, że w Ugandzie to bardzo dobry rynek dla prawnika, więc nie jest to dziwne. I wtedy ruszył do swojego, zwycięskiego dodajmy, ataku.
 
Po długim procesie sądowym, który otarł się o wszystkie możliwe w Ugandzie instancje, w 2019 roku (czyli 23 lata po tym, jak ojciec utracił swój skrawek ziemi), Sąd Najwyższy Ugandy przyznał Kinyerowi rację i rozstrzygnął, że wyrok z 1996 roku został wydany niezgodnie z prawem, w związku z czym ojcowizna przysługuje jego ojcu. Tym samym sąsiedzi, którzy odebrali mu nieruchomość, zostali zobowiązani do jej zwrotu.
 
W chwili wydania tego wyroku jego ojciec miał już 82 lata. Nie mógł już zbyt wiele zrobić na tym małym skrawku ugandyjskiej ziemi. Jak z uśmiechem wskazywał Kinyera – teraz rolą jego i jego rodzeństwa jest dbanie o to, by ziemia ta była zadbana w odpowiedni sposób. Z całą pewnością jednak ojciec Kinyery mógł na niej odejść i spocząć, z poczuciem nierychłej sprawiedliwości i wielkiej dumy z syna, który wychowawszy się w biednej, rolniczej, pozbawionej własnej ziemi rodzinie zdołał wspiąć się naprawdę wysoko i zawalczyć o rodzinny majątek.
 
Teraz Jordan Kinyera ma 32 lata i zajmuje się pomaganiem kolejnym rodzinom, które w przeszłości utraciły swój dorobek życia.
 
Nie wiem jak Was, ale mnie ta historia trochę wzrusza. Okej, jest łzawa, ale mówi o tym, co przyświeca mi, i naprawdę wielu innym prawnikom, od samego początku studiów czy w ogóle zainteresowania się tym tematem – prawnik ma pomagać ludziom. Tak widzę naszą misję i najważniejsze zadanie.
Jesteś profesjonalistą, czyli po co Ci prawnik?

Jesteś profesjonalistą, czyli po co Ci prawnik?

Tak. Na temat pierwszego tekstu na moim blogu wybrałem ten, w którym powiem Ci po co mnie czytać i po co go w ogóle piszę. Dzięki temu będziesz wiedział od początku, że żartów nie ma, musisz do mnie wracać i czekać na każdy mój wpis. Taki jestem sprytny.

My, prawnicy kochamy kategoryzować. Jeśli będziesz częściej zaglądać na mój blog, to z pewnością zauważysz, że ja też to lubię, a „dzielenie na dwa” doprowadzimy wspólnie niemal do poziomu mema. Na razie musisz mi uwierzyć na słowo.

Uwielbienie to widać zarówno u ustawodawcy (czyli tego zbiorowiska, które wciąż psuje… tworzy… przepisy) jak i u praktyków czy w świecie nauki prawa (czyli w tzw. doktrynie). Kategoryzujemy wszystko, co tylko się rusza i nie ucieka. A jeśli ucieka, to i tak trafia do jakieś kategorii, w ostateczności do „tych, które nie dają się inaczej zakwalifikować”. Serio.

Dzielimy na dwa po raz pierwszy

I tak się jakoś złożyło, że nowoczesna myśl prawnicza podzieliła sobie świat biznesu na, a jakże, dwie grupy.

Konsumentów i przedsiębiorców. Konsumenci są tą grupą słabych i nieporadnych, ale za to przedsiębiorcy są silni i profesjonalni.

Z przeświadczenia, że konsument jest stroną słabszą i bezwzględnie trzeba go przed absolutnie wszystkim (w tym przed nim samym) chronić powstało prawo konsumenckie. Które zresztą niedawno zaczęło też chronić małych przedsiębiorców, ale tylko niektórych i tylko niekiedy. Za ustawodawcą nie nadążysz.

O prawie konsumenckim szerzej porozmawiamy jednak kiedy indziej, a tutaj skupmy się na tym, że przedsiębiorcom przypisano cechę profesjonalizmu a konsumentom – nieporadności.

Należyta staranność, czyli tak masz, jak dbasz

Otóż na początku był chaos, a zaraz po nim art. 355 §1 Kodeksu Cywilnego. Zgodnie z tym przepisem każdy dłużnik jest zobowiązany do staranności ogólnie wymaganej w stosunkach danego rodzaju.

To jest tak zwana miara należytej staranności i dotycząca każdej osoby która jest dłużnikiem – czyli każdą osobą, która zawarła jakąś umowę i coś musi. Nie myl tego proszę z powszechną definicją dłużnika jako osoby, którą ściga komornik.

Biorąc więc na tapetę jakąś sprawę sąd zastanawia się, jakie jest ogólne postrzeganie obowiązków strony takiej umowy, a potem nakłada na taki wzorzec zachowanie pozwanego i sprawdza, czy się pokrywają. I taką starannością będzie np. przestrzeganie warunków zawartej umowy, terminowe wpłaty rat i tak dalej.

No chyba, że jesteś przedsiębiorcą

Bo jeśli tak, to w Twoim przypadku należytą staranność (…) określa się przy uwzględnieniu zawodowego charakteru Twojej działalności (art. 355 §2 k.c.). Innymi słowy – będziemy mierzyć to, czy odpowiednio się starasz przez pryzmat właściwego w Twojej branży profesjonalizmu.
I to w sumie nie brzmi tak groźnie. Jeśli przychodzisz do kancelarii radcy prawnego, czyli np. do mnie, to oczekujesz wyższego poziomu usług niż gdybyś po poradę prawną poszedł do fryzjera. Ale nie będziesz ode mnie oczekiwał, żebym ostrzygł Ci włosy tak, jak fryzjer. Innymi słowy – od profesjonalisty oczekujemy wiedzy fachowej. Całkiem logiczne i uzasadnione, nie ma się czego czepiać.

Nieznajomość prawa szkodzi

Problem zaczyna się w chwili, gdy przyjrzymy się dalszym konsekwencjom tego, jak zasada wyrażona w art. 355 §2 k.c. działa. I nie znam ku temu lepszego przykładu niż opowieść o Danucie K., której Sąd Najwyższy wytknął, że należyta staranność przedsiębiorcy obejmuje także znajomość obowiązującego prawa oraz następstw z niego wynikających w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej (wyrok Sądu Najwyższego z dnia 17 sierpnia 1993 roku, III CRN 77/93).

Sprawa dotyczyła importu papierosów – no bo czym innym można było się trudnić gospodarczo na początku lat 90’. Powód Witold J. domagał się od pozwanej Danuty K. zapłaty 3,5 miliardów złotych (starych miliardów, to był 91 rok!) z tego powodu, że Danuta K. nie wywiązała się z umowy sprzedaży papierosów. I to nie byle jakich, bo chodziło o kultowe Marlboro.

Umowę zawarto 24 czerwca 1991 roku, dostawa miała nastąpić 5 lipca 1991 roku. Pech chciał, że od 1 lipca 1991 roku można było przywozić do Polski tylko papierosy oznaczone zawartością substancji smolistych i nikotyny, a fajki będące przedmiotem umowy takich oznaczeń nie miały. Danuta K. twierdziła, że skoro tak, to ona nie mogła wykonać swojego zobowiązania, bo nie może wprowadzić posiadanych przez siebie papierosów do obrotu.

Sąd pierwszej i drugiej instancji oddaliły powództwo stwierdzając, że faktycznie Danuta K. nie mogła zobowiązania wykonać.

Ale nie z Sądem Najwyższym takie numery!

Otóż pani Danucie, i sądom dwóch instancji zarazem, umknął mały szczegół. Otóż 22 marca 1991 roku Główny Inspektorat Sanitarny wydał zezwolenie, pozwalające na import papierosów bez takiego oznaczenia. Obowiązywało do 30 czerwca 1991 roku, a to znaczy, że było znane Danucie K. w chwili zawarcia umowy. I Danuta K. powinna o tym wiedzieć.

I powinna zarazem wiedzieć, że skoro legalnie papierosy przywiozła do Polski, to może je sprzedać, bo przecież przepisy obowiązujące po 1 lipca 1991 roku zabraniały wyłącznie importu.

A skoro była przedsiębiorcą zajmującą się obrotem papierosami, to przepisy prawa w tym zakresie również powinna znać, a skoro ich nie znała, to sorry Danuta – nieznajomość prawa szkodzi.

Nasz plot twist doprowadził do uchylenia wyroku sądu drugiej instancji i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania, w którym Danuta K. jednak przegrała. Warto więc walczyć do końca.

No to po co Ci prawnik?

Z powyższej historii płynie morał, ale nie jest on niestety tak przewrotny jak historia Danuty K. i jej 3,5 miliarda starych złotych. Morał ten wynika wprost z treści uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego i brzmi:

Jeśli jesteś przedsiębiorcą, to musisz znać obowiązujące prawo i następstwa z niego wynikające.

To Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność. Tyczy się zarówno prawa podatkowego jak i cywilnego, gospodarczego oraz tych wszystkich dziedzin branżowych, w których nawet nie spodziewałbyś się istnienia przepisów prawa.

Nie trzeba jednak sięgać aż tak głęboko. Dla wielu właścicieli spółek, np. spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, dużym zaskoczeniem jest treść Kodeksu Spółek Handlowych i ustawy o rachunkowości, które niemal kompletnie regulują to, jak takie spółki działają. O RODO i BDO nawet nie wspominam.

Powyższe problemy wynikają oczywiście z problemów natury czasowej (bo w swojej małej korporacji musisz na początku zajmować się wszystkim – ale o małej korporacji porozmawiamy następnym razem) jak i z problemów z dostępem do dobrych i przystępnych źródeł wiedzy.
Przystępne (mam nadzieję) źródło wiedzy masz właśnie przed sobą. Jeśli więc masz czas i chęć zgłębiać tę dziedzinę, to służę z czystą radością, zapraszam Cię do siebie jak najczęściej.

No a jeśli nie chcesz tego robić samemu albo obawiasz się konsekwencji… to po prostu potrzebujesz prawnika.