Jesteś profesjonalistą, czyli po co Ci prawnik?

Jesteś profesjonalistą, czyli po co Ci prawnik?

Tak. Na temat pierwszego tekstu na moim blogu wybrałem ten, w którym powiem Ci po co mnie czytać i po co go w ogóle piszę. Dzięki temu będziesz wiedział od początku, że żartów nie ma, musisz do mnie wracać i czekać na każdy mój wpis. Taki jestem sprytny.

My, prawnicy kochamy kategoryzować. Jeśli będziesz częściej zaglądać na mój blog, to z pewnością zauważysz, że ja też to lubię, a „dzielenie na dwa” doprowadzimy wspólnie niemal do poziomu mema. Na razie musisz mi uwierzyć na słowo.

Uwielbienie to widać zarówno u ustawodawcy (czyli tego zbiorowiska, które wciąż psuje… tworzy… przepisy) jak i u praktyków czy w świecie nauki prawa (czyli w tzw. doktrynie). Kategoryzujemy wszystko, co tylko się rusza i nie ucieka. A jeśli ucieka, to i tak trafia do jakieś kategorii, w ostateczności do „tych, które nie dają się inaczej zakwalifikować”. Serio.

Dzielimy na dwa po raz pierwszy

I tak się jakoś złożyło, że nowoczesna myśl prawnicza podzieliła sobie świat biznesu na, a jakże, dwie grupy.

Konsumentów i przedsiębiorców. Konsumenci są tą grupą słabych i nieporadnych, ale za to przedsiębiorcy są silni i profesjonalni.

Z przeświadczenia, że konsument jest stroną słabszą i bezwzględnie trzeba go przed absolutnie wszystkim (w tym przed nim samym) chronić powstało prawo konsumenckie. Które zresztą niedawno zaczęło też chronić małych przedsiębiorców, ale tylko niektórych i tylko niekiedy. Za ustawodawcą nie nadążysz.

O prawie konsumenckim szerzej porozmawiamy jednak kiedy indziej, a tutaj skupmy się na tym, że przedsiębiorcom przypisano cechę profesjonalizmu a konsumentom – nieporadności.

Należyta staranność, czyli tak masz, jak dbasz

Otóż na początku był chaos, a zaraz po nim art. 355 §1 Kodeksu Cywilnego. Zgodnie z tym przepisem każdy dłużnik jest zobowiązany do staranności ogólnie wymaganej w stosunkach danego rodzaju.

To jest tak zwana miara należytej staranności i dotycząca każdej osoby która jest dłużnikiem – czyli każdą osobą, która zawarła jakąś umowę i coś musi. Nie myl tego proszę z powszechną definicją dłużnika jako osoby, którą ściga komornik.

Biorąc więc na tapetę jakąś sprawę sąd zastanawia się, jakie jest ogólne postrzeganie obowiązków strony takiej umowy, a potem nakłada na taki wzorzec zachowanie pozwanego i sprawdza, czy się pokrywają. I taką starannością będzie np. przestrzeganie warunków zawartej umowy, terminowe wpłaty rat i tak dalej.

No chyba, że jesteś przedsiębiorcą

Bo jeśli tak, to w Twoim przypadku należytą staranność (…) określa się przy uwzględnieniu zawodowego charakteru Twojej działalności (art. 355 §2 k.c.). Innymi słowy – będziemy mierzyć to, czy odpowiednio się starasz przez pryzmat właściwego w Twojej branży profesjonalizmu.
I to w sumie nie brzmi tak groźnie. Jeśli przychodzisz do kancelarii radcy prawnego, czyli np. do mnie, to oczekujesz wyższego poziomu usług niż gdybyś po poradę prawną poszedł do fryzjera. Ale nie będziesz ode mnie oczekiwał, żebym ostrzygł Ci włosy tak, jak fryzjer. Innymi słowy – od profesjonalisty oczekujemy wiedzy fachowej. Całkiem logiczne i uzasadnione, nie ma się czego czepiać.

Nieznajomość prawa szkodzi

Problem zaczyna się w chwili, gdy przyjrzymy się dalszym konsekwencjom tego, jak zasada wyrażona w art. 355 §2 k.c. działa. I nie znam ku temu lepszego przykładu niż opowieść o Danucie K., której Sąd Najwyższy wytknął, że należyta staranność przedsiębiorcy obejmuje także znajomość obowiązującego prawa oraz następstw z niego wynikających w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej (wyrok Sądu Najwyższego z dnia 17 sierpnia 1993 roku, III CRN 77/93).

Sprawa dotyczyła importu papierosów – no bo czym innym można było się trudnić gospodarczo na początku lat 90’. Powód Witold J. domagał się od pozwanej Danuty K. zapłaty 3,5 miliardów złotych (starych miliardów, to był 91 rok!) z tego powodu, że Danuta K. nie wywiązała się z umowy sprzedaży papierosów. I to nie byle jakich, bo chodziło o kultowe Marlboro.

Umowę zawarto 24 czerwca 1991 roku, dostawa miała nastąpić 5 lipca 1991 roku. Pech chciał, że od 1 lipca 1991 roku można było przywozić do Polski tylko papierosy oznaczone zawartością substancji smolistych i nikotyny, a fajki będące przedmiotem umowy takich oznaczeń nie miały. Danuta K. twierdziła, że skoro tak, to ona nie mogła wykonać swojego zobowiązania, bo nie może wprowadzić posiadanych przez siebie papierosów do obrotu.

Sąd pierwszej i drugiej instancji oddaliły powództwo stwierdzając, że faktycznie Danuta K. nie mogła zobowiązania wykonać.

Ale nie z Sądem Najwyższym takie numery!

Otóż pani Danucie, i sądom dwóch instancji zarazem, umknął mały szczegół. Otóż 22 marca 1991 roku Główny Inspektorat Sanitarny wydał zezwolenie, pozwalające na import papierosów bez takiego oznaczenia. Obowiązywało do 30 czerwca 1991 roku, a to znaczy, że było znane Danucie K. w chwili zawarcia umowy. I Danuta K. powinna o tym wiedzieć.

I powinna zarazem wiedzieć, że skoro legalnie papierosy przywiozła do Polski, to może je sprzedać, bo przecież przepisy obowiązujące po 1 lipca 1991 roku zabraniały wyłącznie importu.

A skoro była przedsiębiorcą zajmującą się obrotem papierosami, to przepisy prawa w tym zakresie również powinna znać, a skoro ich nie znała, to sorry Danuta – nieznajomość prawa szkodzi.

Nasz plot twist doprowadził do uchylenia wyroku sądu drugiej instancji i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania, w którym Danuta K. jednak przegrała. Warto więc walczyć do końca.

No to po co Ci prawnik?

Z powyższej historii płynie morał, ale nie jest on niestety tak przewrotny jak historia Danuty K. i jej 3,5 miliarda starych złotych. Morał ten wynika wprost z treści uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego i brzmi:

Jeśli jesteś przedsiębiorcą, to musisz znać obowiązujące prawo i następstwa z niego wynikające.

To Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność. Tyczy się zarówno prawa podatkowego jak i cywilnego, gospodarczego oraz tych wszystkich dziedzin branżowych, w których nawet nie spodziewałbyś się istnienia przepisów prawa.

Nie trzeba jednak sięgać aż tak głęboko. Dla wielu właścicieli spółek, np. spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, dużym zaskoczeniem jest treść Kodeksu Spółek Handlowych i ustawy o rachunkowości, które niemal kompletnie regulują to, jak takie spółki działają. O RODO i BDO nawet nie wspominam.

Powyższe problemy wynikają oczywiście z problemów natury czasowej (bo w swojej małej korporacji musisz na początku zajmować się wszystkim – ale o małej korporacji porozmawiamy następnym razem) jak i z problemów z dostępem do dobrych i przystępnych źródeł wiedzy.
Przystępne (mam nadzieję) źródło wiedzy masz właśnie przed sobą. Jeśli więc masz czas i chęć zgłębiać tę dziedzinę, to służę z czystą radością, zapraszam Cię do siebie jak najczęściej.

No a jeśli nie chcesz tego robić samemu albo obawiasz się konsekwencji… to po prostu potrzebujesz prawnika.