„Wielka Woda” to serial, który opowiada między innymi o nieudolności państwa podczas wielkiej powodzi w 1997 roku. O paraliżu, niechęci do podjęcia trudnych i niepopularnych decyzji w imię ochrony życia i majątku ludzi. O poświęceniu i tego, jak żądamy od innych, by poświęcali się za nas. Co jednak ciekawe, ten znakomity serial już po swojej premierze dopisuje, toutes proportions gardées, podobną historię o tym, jak działają władze w Polsce w drugiej dekadzie XXI wieku.

W czym problem?

Serial „Wielka Woda” pojawił się na platformie Netflix w październiku 2022 roku i natychmiast poruszył publiczność. I to nie tylko rodzimą. Serial okazał się spektakularnym sukcesem – w ciągu dziesięciu dni został odtworzony przez ponad 10 milionów gospodarstw domowych. Znalazł się w TOP10 platformy w 78 krajach na całym świecie, w tym na tak ogromnych rynkach jak Stany Zjednoczone, Kanada, Francja czy Wielka Brytania. Pozytywne opinie krytyków i widzów zalały Internet.

Niestety, wkrótce pojawiły się pierwsze głosy mówiące o tym, że aktorzy i filmowcy mogą nie uzyskać prawa do wynagrodzenia z tytułu tzw. tantiem za udostępnianie utworu od Netflix. Dlaczego?

Na to pytanie odpowiem Ci w tym wpisie.

Sytuacja prawna producenta i współtwórców serialu

Zacznijmy od kontekstu, czyli tego, kto tak naprawdę jest kim w tym naszym kazusie. W całym tym wpisie chodzi bowiem głównie o rozróżnienie producenta i twórców serialu.

Producentem serialu (lub szerzej – utworu) jest osoba, która ponosi koszty jego wytworzenia oraz ryzyko całego przedsięwzięcia. Wszystkie osoby biorące czynny udział w pracy artystycznej i okołoartystycznej na planie filmowym są zaś jego współtwórcami. Mowa więc o aktorach, reżyserach, scenarzystach, twórcach muzyki i tak dalej.

Aktualne regulacje polskiego prawa autorskiego

Aktualnie obowiązująca w Polsce ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych wskazuje (w art. 70 ust 1), że domniemywa się, że producent utworu audiowizualnego nabywa na mocy umowy o stworzenie utworu albo umowy o wykorzystanie już istniejącego utworu wyłączne prawa majątkowe do eksploatacji tych utworów w ramach utworu audiowizualnego jako całości.

Oznacza to, że zasadą jest, że wszelkie prawa autorskie do utworu nabywa jego producent. Współautorzy z samej mocy umowy o stworzenie utworu (czyli – umowy z aktorem o tym, że będzie grał swoją postać, z reżyserem, że będzie reżyserował itd.) wyzbywają się praw autorskich na jego rzecz. I to bez prawa do dodatkowego wynagrodzenia… z kilkoma wyjątkami.

Wyjątki te określa art. 70 ust. 21 ustawy. Jest to przepis, który wskazuje, kiedy współtwórcom dzieła przysługuje wynagrodzenie za to, co dzieje się z utworem. Wynagrodzenie to przysługuje od „korzystającego z utworu” czyli każdy podmiot, który korzysta z utworu i prezentuje go finalnemu użytkownikowi, np. dystrybutor. Czyli w naszym kazusie – Netflix.

Znajdujemy tam takie sytuacje jak prawo do udziału w zyskach pochodzących z kin, zysków z najmu egzemplarzy utworów, nadawania utworów w telewizji czy w innych mediach oraz z reprodukcji utworu. I brakuje przepisu, zgodnie z którym współtwórcom należałoby się wynagrodzenie za publikację i odtwarzanie ich dzieła na platformach streamingowych.

To jest właśnie oś omawianego problemu.

Typowy przepływ pieniędzy między współtwórcami a Netflixem

W chwili obecnej sytuacja współtwórców serialu jest nieciekawa – i to przede wszystkim dlatego, że producent zdecydował się sprzedać serial przez platformę Netflix.

Bo sprawa wygląda tak:

Producent filmu sprzedaje go platformie streamingowej, za co może otrzymywać albo wynagrodzenie zryczałtowane (tj. jednorazowa transakcja przeniesienia autorskich praw majątkowych) albo, co zdarza się częściej, w postaci tantiem – czyli wynagrodzenia, w uproszczeniu „za odtworzenie” (udziela wtedy licencji).

Wynagrodzenie będzie oczywiście przysługiwać wyłącznie producentowi, bo w polskim prawie nie ma przepisów które nakazywałyby wypłacenie dodatkowego wynagrodzenia na rzecz współtwórców serialu.

I najsmutniejsze jest to, że gdyby serial został sprzedany telewizji, to współtwórcy otrzymaliby dodatkowe wynagrodzenie od tej telewizji (art. 70 ust. 21 pkt 3 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych), ale ponieważ mówimy o platformie streamingowej, to nic im nie przysługuje.

Absurd? Oczywiście, ale wynika tylko i wyłącznie z opieszałości działania naszego państwa. Całkiem zresztą podobnej do tej, którą obrazuje sam serial.

Geneza problemu

Bo tutaj wjeżdża nam z buta Dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym z dnia 17 kwietnia 2019 roku (dalej – Dyrektywa). Wszystkie kraje członkowskie UE powinny wdrożyć jej treść do swoich systemów prawnych do 7 czerwca 2021 roku.

W dyrektywie tej znajdujemy m.in. art. 18, który stanowi, że Państwa członkowskie zapewniają, aby w przypadku gdy twórcy i wykonawcy udzielają licencji lub przenoszą swoje wyłączne prawa do eksploatacji ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną, mieli oni prawo do odpowiedniego i proporcjonalnego wynagrodzenia. Nie wdając się w szczegóły treści dyrektywy, mając na uwadze pozostałe jej przepisy oraz jej cel – przepis ten nakazuje m.in. uregulowanie kwestii prawnych związanych z sprzedawaniem praw do emisji utworów przez platformy streamingowe przez producentów.

Ale pomimo istnienia dyrektywy przepisy te nie obowiązują w Polsce do dziś. Dlaczego?

Dyrektywa jako akt prawa

Bo Dyrektywa Europejska, w przeciwieństwie do rozporządzenia, nie jest prawem obowiązującym powszechnie. Jest to rodzaj odgórnego nakazu, w którym UE mówi Państwom jak powinny ukształtować swoje wewnętrzne przepisy (w ramach tzw. mechanizmów harmonizacji czyli doprowadzania systemu prawnego w UE do względnie jednolitego).

Dyrektywa nie obowiązuje w Polsce dopóki polski parlament nie przyjmie stosownych przepisów w drodze ustawy. A to znaczy, że omawiana dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych nie obowiązuje, bo ustawy nie ma.

Proces legislacyjny

Jak wygląda w Polsce proces legislacyjny, który miał się zakończyć 7 czerwca 2021 roku?

Pierwszy projekt ustawy powstał 6 czerwca 2022 roku, czyli niemal rok po tym, gdy miał wejść już w życie. W dniu 20 czerwca 2022 roku projekt skierowano do konsultacji społecznych. Oznacza to, że projekt jest na bardzo wczesnym etapie tworzenia i trudno powiedzieć czy i kiedy w ogóle zostanie uchwalony.

Projekt od czerwca 2022 roku projekt w ogóle nie ruszył. Na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji nie pojawiły się nawet żadne opinii i uzgodnienia świadczące o zakończeniu procesu konsultacji społecznych. Nic.

Projekt nosi numer UC103, a postępy prac można podglądać pod poniższym linkiem:

https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12360954/katalog/12887995#12887995

Co ciekawe, projekt ustawy zawiera przepis, który rozwiałby wszelkie wątpliwości. Dodaje bowiem do wspominanego już art. 70 ust. 21 ustawy kolejny podpunkt, zgodnie z którym współtwórcom przysługuje wynagrodzenie z tytułu publicznego udostępniania utworu w taki sposób, aby każdy mógł mieć do niego dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym. Czyli za udostępnianie utworu m.in. na platformach streamingowych.

Co to znaczy? To znaczy, że gdyby nasze państwo działało tak, jak należy, to współtwórcom przysługiwałyby tantiemy od Netflixa. A tak to się nie należą.

Podsumowanie

Pomimo tego, że sam temat jest fascynujący (ogólnie lubię prawo autorskie, więc chętnie omawiam takie rzeczy) to ten tekst pisało mi się bardzo trudno.

Z jednej strony dlatego, że jestem autentycznie wkurzony. Pierwszy projekt ustawy wdrażającej Dyrektywę powstał 6 czerwca 2022 roku. Niemal dokładnie rok po dniu, w którym przepisy te powinny wejść w życie. Od 20 czerwca 2022 roku z ustawą nie dzieje się nic. Paraliż legislacyjny państwa związany z tym w sumie krótkim projektem ustawy jest naprawdę zatrważający.

Wdrożenie dyrektyw UE jest obowiązkiem państw członkowskich wynikającym z traktatów, którego to obowiązku Polska nie dopełniła i zrobiła to na szkodę swoich własnych obywateli.

Z drugiej strony jest mi autentycznie żal naszych aktorów, reżyserów, scenografów i ogólnie wszystkich filmowców którzy pracowali przy „Wielkiej Wodzie”. Tyle się mówi o tym, jak to państwo wspiera twórców, jak nam zależy na tym, żeby było o naszej twórczości głośno.

No więc widać, politykom zależy głównie wtedy, gdy trzeba powiedzieć cokolwiek dobrego. Bo gdyby ten sam serial powstał w Niemczech czy Czechach, to współautorzy otrzymaliby tantiemy od Netflixa. Ale ponieważ powstał w Polsce, to mogą dostać co najwyżej jakiś uścisk dłoni.

Możliwe rozwiązania problemu

Okej, a czy współautorzy serialu mają jakieś rozwiązania w zanadrzu?

Ja dostrzegam dwie możliwości, ale obie są zawieszone na cieniutkiej nitce. Są to raczej protezy, których ryzyko procesowe (i nie tylko) jest ogromne, prawdopodobnie, dużo wyższe niż przewidywane korzyści.

Pierwsza z opcji to pójście ścieżką którą zaproponował mec. Wojciech Machała w Rzeczpospolitej i pójście na twardo. Pan Mecenas wyraził pogląd, że jeśli utwór znajdzie się w repertuarze serwisu streamingowego, to przez sam ten fakt następuje jego publiczne udostępnienie przez „inny środek publicznego komunikowania. W takiej sytuacji zastosowanie znalazłby art. 70 ust. 21 pkt 3 ustawy, a współtwórcom należałoby się wynagrodzenie.

Tutaj jednak pojawia się zasadniczy problem, ponieważ od lat przyjmuje się, że nadawanie internetowe może być „innym środkiem publicznego komunikowania” ale tylko w przypadku, gdy jest odtwarzane widzom bezpośrednio tj. w czasie i miejscu wskazanym przez nadawcę (tzw. webcasting). Natomiast wynagrodzenie na tej podstawie nie będzie przysługiwało w ramach korzystania z usług „na żądanie” jak to zaproponował pan mecenas (tak: np. A. Michalak (red.), Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Komentarz, Warszawa 2019). Dyskwalifikowałoby to platformy streamingowe z kręgu zobowiązanych do zapłaty tantiem.

Drugim pomysłem jest zastosowanie art. 44 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, z którym bliższe zderzenie, połączone z bolesnym upadkiem na twarz swojego wizerunku, zanotował Andrzej Sapkowski żądając podwyższenia wynagrodzenia za korzystanie z postaci Wiedźmina od CD Projektu.

Przepis ten wskazuje, że w razie rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd. W tym przypadku jednak również pojawiają się brzydkie problemu – związane z badaniem czy współautorzy serialu mają w ogóle prawo dochodzić tantiem od Netflixa oraz z koniecznością wykazania rażących dysproporcji między ich wynagrodzeniem a korzyściami serwisu.

Ewentualnie pozew taki mogliby skierować przeciwko producentom serialu – tylko problem w tym, że producenci nie są w tej sprawie absolutnie niczemu winni…

Uzupełnienie dzięki Pawłowi M.

Kolega Paweł Marder, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, zaproponował, by w takiej sytuacji rozważyć też możliwość odpowiedzialności Skarbu Państwa. W takiej sytuacji Skarb Państwa musiałby zrekompensować współtwórcom to, co utracili przez niewdrożenie dyrektywy w drodze odszkodowania. 

Czy taka odpowiedzialność jest możliwa?

Owszem, na podstawie art. 417 Kodeksu Cywilnego. Jednakże byłaby to droga przez ciernie – stosownie do wyroku Sądu Najwyższego z 19 czerwca 2013 r. (I CSK 392/12) współtwórcy musieliby wykazać:

  • że obowiązek wdrożenia ustawy o określonej treści był sprecyzowany co do treści, a data wdrożenia była ściśle określona;
  • że ich sytuacja prawna miała być w sposób korzystny dla nich ukształtowana przez przepisy niewydanego aktu normatywnego;
  • że doznany uszczerbek majątkowy nie nastąpiłby bez rozpatrywanego zaniechania legislacyjnego i że uszczerbek ten jest normalnym następstwem zaniechania.

Innymi słowy – muszą wykazać nie tylko, że państwo miało ścisły obowiązek uregulowania tej materii w drodze ustawy w taki sposób, że byłoby to korzystne dla współautorów, a jednocześnie że takie wynagrodzenie byłoby im należne (tak co do zasady jak i co do wysokości). Droga trudna, nawet bardzo, ale prawdopodobnie najbardziej sensowna z tych trzech, które zostały zaproponowane. 

Dziękuję Paweł!